Zwykle potrzeba było piętnastu przypomnień, żeby Ala posprzątała zabawki. Tym razem wszystko odbywało się inaczej. Dziecięca metamorfoza, skok rozwojowy czy jakieś inne szczególne okoliczności odmieniły moją wnuczkę? Będę się temu przyglądać… Tymczasem składam raport
Na taki poranek czekałam ponad miesiąc. Ala przyjechała spędzić z nami kilka wakacyjnych dni. Zaczęło się od tenisowych półkolonii na terenie naszego ukochanego Ursynowa. Chciałam poświęcić jej więcej czasu, ale musiałam zsynchronizować swoje aktywności między pracą zawodową, wspieraniem starszych rodziców i oczywiście wizytą Ali w naszym domu.
Z własnego doświadczenia wiem, że moja ukochana wnuczka jest dość wymagającą małą osóbką. Zwykle trzeba było jej powtarzać rozmaite prośby po kilkanaście razy — przez co proces zakończenia zabawy i konieczność pójścia spać nieraz przeciągał się w sposób wyczerpujący naszą z mężem odporność.
Moje babciowe doświadczenia z Alą, jak do tej pory, bardzo często zaczynały się bolesną pobudką o świcie — a kiedyś nawet przyszła do naszej sypialni o czwartej nad ranem, informując, że już się wyspała i bardzo prosi, żeby się z nią pobawić, bo nie chce jej się spać i strasznie się nudzi! Do wachlarza wcześniejszych wspomnień mogę również zaliczyć nagły przypływ tęsknoty za tatusiem lub mamusią — dokładnie w momencie, kiedy miałam nadzieję zamknąć za sobą drzwi pokoiku, w którym powinna była już dawno zasnąć.
Bywały też niekończące się prośby o „jeszcze jedną, ostatnią krótką bajkę”, wychodzenie z łóżeczka, żeby dziesiąty raz powiedzieć „dobranoc” i koniecznie przytulić babcię i dziadka. Nie wspominając już o ilościach wypijanej wody przed snem — „Babciu, piciu, proszę” — oraz niekończących się wizytach w toalecie.
Byłam więc już nieźle przetrenowana przez nią na przestrzeni kilku ostatnich lat i liczyłam się z tymi wszystkimi niedogodnościami jak z czymś oczywistym i słodkim — bo w końcu możliwość porozpieszczania jej od czasu do czasu wydawała mi się czymś absolutnie naturalnym.
Jakże miłym zaskoczeniem okazało się jej zupełnie nowe zachowanie! Rano, kiedy ja już się wyspałam, zastałam Alę ubraną, uczesaną, w zaplecionych na głowie ślicznych warkoczykach. Łóżeczko było starannie zaścielone, a na jej ukochanym kolorowym dywaniku w truskawki poukładane były ulubione zabawki. Moja Ala przez cały tydzień, kiedy u nas mieszkała, była grzeczna, uśmiechnięta, serdeczna i nie trzeba jej było niczego powtarzać po kilka razy!
Przecierałam oczy ze zdumienia, kiedy na moje prośby o cokolwiek słyszałam: „Dobrze, babciu, już sprzątam”, „Oczywiście”, „Tak”, „OK”… To przecież nie były słowa z jej codziennego słownika! Czasem myślałam, że ona ich po prostu nie zna albo nawet nie potrafi wymówić! Tymczasem moje uszy pieściły kolejne frazy — jak z jakiegoś nieznanego mi nowego języka:
– „To może ja nakryję do stołu?”
– „Babciu, to ja ci pomogę, nie martw się”.
Na zakupach odbierała ode mnie siatki i ochoczo je nosiła, demonstrując, że to dla niej „żaden ciężar”…
Z tego wszystkiego, po uroczo spędzonym tygodniu, babcia i nawet dziadek mieli prawdziwy niedosyt swojej wnusi. Doświadczyłam nowego wymiaru przyjemności spędzania z nią czasu, co zaowocowało kolejnym zaproszeniem i sprawiło, że mogłam przy niej nie tylko popracować, ale też pozałatwiać wiele spraw w domu moich rodziców. Ala zaczęła współuczestniczyć w moim codziennym życiu i chciała mi w wielu sytuacjach towarzyszyć.
Dzięki temu łatwiej ogarnęłam nie tylko swoją rzeczywistość, ale też mogłam poszerzyć ofertę wspólnie spędzanego czasu pod kątem jej potrzeb i przyjemności. Chodziłyśmy na spacery, na basen, rozkładałyśmy namioty plażowe i karimaty, ustawiałyśmy domek dla lalek w ogrodzie u pradziadków. Wybierałyśmy nowe kwiaty i wsadzałyśmy je razem w kwietnikach przed wejściem do ich domu.
Jednak to, co było dla mnie najcenniejsze, to fakt, że Ala zaczęła ze mną poważnie i z zaangażowaniem rozmawiać na różne tematy.
Kiedy po tych kilku kolejnych dniach, spędzonych wspólnie, w telefonicznej rozmowie z moją córką o tym wszystkim jej opowiedziałam, w słuchawce zapadła cisza…
– Kamila, jesteś tam? – spytałam, bo myślałam, że coś nas rozłączyło.
W odpowiedzi, po chwili wahania, usłyszałam trochę żartobliwe, trochę prowokujące zdanie:
– Hmm, czy ty mi, mamo, na pewno opowiadasz o mojej córce? Podmienili mi dziecko?
– Tak, opowiadam o naszej Ali! – odparłam z lekkim poczuciem niezrozumienia, trochę dotknięta, że nie bierze na poważnie moich słów.
– No to ja takiej wersji Ali jeszcze nie znam, mamo. Ale dobrze wiedzieć, że potrafi! Będziemy testować!
Następnego dnia dzwonię do córki, żeby zapytać, co u Ali i jak się sprawuje z rodzicami i z młodszym bratem na działce. W odpowiedzi słyszę, że im nieźle „dała popalić”, kłóciła się z Tomkiem zawzięcie i że wersja mojej opowieści o zachowaniu Ali jest chyba z jakiejś innej, nieznanej im rzeczywistości…
Zostaw Komentarz