Babcia Izka i operacja „Pluto wylewa się z torby”
W moim domu są dwa rodzaje telefonów od córki: te zwykłe typu: – „co robisz?” i te, po których wiem, że wszystkie swoje plany na dziś mogę wyrzucić do kosza. Zgadnijcie, który odebrałam tym razem?
– Mamo! – słyszę w słuchawce pełen przerażenia głos – coś się dzieje z Limą! Muszę jak najszybciej jechać z nią do weterynarza! Mogłabyś się zająć dziećmi?!
Pytanie co najmniej retoryczne. Wiadomo, że po takich zdaniach mam wyrzut adrenaliny i przypływ wręcz nadludzkich sił i babciowych predyspozycji. Rzucam więc wszystko, wskakuję w sportowe sneakersy, jeansy i t-shirt – interwencyjny uniform aktywnej babci, lotem błyskawicy zgarniam torebkę i kluczyki do samochodu i biegnę na parking. Z Ursynowa na Bielany jadę obwodnicą, bo miasto mocno rozkopane, jak w sezonie archeologicznym. Niestety, na Konotopie wpadam w korek, a w takich chwilach każda minuta ciągnie się niczym guma do żucia.
Szybko przyswajam ostatni informacyjny update i układam w głowie cały plan. Ala i Tomek jutro rano jadą z dziadkami nad morze. Oboje są już spakowani, Ala jest teraz w domu z Kamilą, Tomek w przedszkolu, Paweł służbowo we Wrocławiu, a Lima, ich kochana nieduża suczka – mieszaniec – najprawdopodobniej podczas ostatniego spaceru poczęstowała się czymś trującym wygrzebanym spod okolicznego krzaka. Muszę szybciutko przejąć Alę, zabrać ich bagaże do swojego samochodu i po południu odebrać Tomka z przedszkola. Nakarmić dzieci i wieczorem podrzucić do domu drugich dziadków na nocowankę, ponieważ zaraz po śniadaniu zabierają wnuki i jadą z nimi nad morze.
Kiedy wreszcie docieram do celu, wysiadam z auta i niczym maratończyk wbiegam na czwarte piętro prosto pod drzwi ich mieszkania na osiedlu bez windy. Sama siebie podziwiam, jakim cudem w takim tempie mi się to udało! W korytarzu zastaję zapłakaną i przerażoną Alę, zdenerwowaną Kamilę i apatycznego, słaniającego się na próbujących do mnie podejść łapach psa. Ala – przejęta pieskiem, który z rezygnacją zalega na dywaniku i już tylko ledwo rusza na powitanie rudawym ogonem. Obok psa stoją spakowane dwie torby podróżne – jedna Tomka, druga Ali. Ala dzielnie bierze na swoje małe ramię torbę Tomka, Kamila podnosi z dywaniku osłabionego psa, bierze go na ręce, a ja łapię się za torbę Ali. Schodzimy w milczeniu po schodach, Ala cichutko pochlipuje, piesek pojękuje.
Na parkingu rozdzielamy się błyskawicznie w stronę swoich samochodów, rzucam tylko do Kamili: – Nie martw się, wszystko będzie dobrze, skontaktuj się ze mną, jak tylko już coś będziesz wiedziała.
Przejmuję Alę razem z bagażami i ciężarem emocji pełnych bezradnej obawy o życie ukochanego pieska. Wsiadamy do samochodu, Ala posłusznie zapina swoje pasy fotelikowe. We wstecznym lusterku widzę spływające po policzkach wielkie, niczym grochy, łzy. Jest cicha i posłuszna. Próbuję rozładować tę ciężką dla niej sytuację i stopniowo zaczynam do niej mówić, tłumacząc i pocieszając na przemian. Po chwili niemal obiecuję jej, że wszystko będzie dobrze, że jesteśmy z mamusią w kontakcie i żeby już nie płakała. Doradzam poczekać spokojnie na pierwszą wiadomość o piesku od psiego lekarza. Ala trochę się uspokaja. Pozwalam jej się wygadać, żeby wyrzuciła z siebie złe emocje i widzę, że to najlepiej na nią działa. Dystans z ukochanym pieskiem i mamą robi swoje. Zmieniam tematy rozmów, żeby ją zagadać i oderwać od smutnych myśli.
Mamy dla siebie trzy godziny do czasu, kiedy będzie trzeba odebrać Tomka z przedszkola. Planuję drobne zakupy w jej ulubionej drogerii na Ursynowie. Pracuje tam ukochana pani Marylka, za którą Ala wręcz przepada!
Łzy Ali stopniowo obsychają. Dzwoni mama z uspokajającymi wieściami. Pies dostał już leki wymiotne, które zadziałały i teraz leży pod kroplówką… Co za ulga!
Ala odzyskuje nadzieję, że Lima przeżyje. Dojeżdżamy na nasz ukochany Ursynów, wysiadamy z auta i zabieram Alę do sklepu pani Marylki. Ala z entuzjazmem wita się z obiema paniami, bo jest tam jeszcze przemiła pani Ania, ale na punkcie pani Marylki ma jakiegoś totalnego hopsia!
Marylka to dla Ali postać z panteonu bohaterek, gdyby mogła, nosiłaby koszulkę z jej wizerunkiem. Uwielbia ją! W drogerii Ala od razu rzuca się w wir opowieści o Limie i o tym, co się wydarzyło w domu. Dzięki temu emocjonalny balon do końca wypuszcza to powietrze pod ciśnieniem.
W tym czasie, kiedy Ala z przejęciem opisuje obu paniom całą tę poranną sytuację, ja kątem oka dostrzegam ulubione mydełko w płynie dla dzieci. Postanawiam kupić je Ali i Tomkowi na wyjazd. Ala zaczyna wybierać zapachy i przebiera w ich bajkowych, kolorowych opakowaniach w kształcie bohaterów kreskówek. W końcu dokonuje wyboru, podkreślając, że Tomek też bardzo lubi psa Pluto, a to mydełko pachnie najpiękniej!
Wracamy do domu, dziadek Mirek czeka już na nas z pierogami. Ala biegnie do niego radośnie, prezentując z entuzjazmem zapach płynu do kąpieli „marki Pluto”!
Proszę, aby spakowała go do swojej torby podróżnej. Ala posłusznie wykonuje polecenie i po chwili idzie umyć rączki przed posiłkiem. Po obiedzie idę do drugiego pokoju, dopakować do jej torby nowy t-shirt na wyjazd, a Tomkowi piżamkę ze Spider-Manem. Nagle, ku mojemu przerażeniu, widzę, że w torbie Ali niedokręcony Pluto opróżnił się niestosownie ze swojej zawartości i prawie wszystkie rzeczy nadają się już tylko do prania. Wyciągam wszystko na podłogę, żeby ocenić chwilowe straty i niczym cyborg kombinuję – co nie zdąży już nam do wieczora wyschnąć, a co ewentualnie zdążyłybyśmy jeszcze dokupić?
Tylko jak to zrobić? Jak dogonić uciekający czas, kiedy wiem, że zakupy z Alą to nie taka „szybka piłka”!
I wtedy – olśnienie – przypomina mi się post na Facebooku o wirtualnych przymiarkach u niektórych producentów odzieży. Jestem trochę przerażona, szukam jakiegoś rozwiązania… Na podłodze układam klejące się od płynu do kąpieli trzy koszulki, dwie bluzy i krótkie spodenki… a czas goni!
I nagle przypomina mi się facebookowy post! Czytałam, że niektóre sklepy z odzieżą mają uruchomioną aplikację ułatwiającą wirtualne przymiarki na swoich internetowych stronach! Ale czy znajdę takie opcje na stronach z ciuchami dla dzieci?
Po chwili do pokoju wchodzi Ala. To kolejne niemiłe przeżycie tego dnia. Nie dość, że Pluto prawie pusty, to ulubione rzeczy kompletnie nie nadają się do zabrania w jutrzejszą podróż, chyba że zabierze mokre. Patrzy tymi zdziwionymi oczami, przeprasza, ubolewając jednocześnie nad tą całą sytuacją.
– Ala, nie martw się, mam super pomysł! Pobawimy się w zaczarowany sklepik i zaraz będziesz miała okazję coś fajnego zobaczyć i poprzymierzać rzeczy, których ci teraz brakuje!
– Jak to babciu? My musimy pojechać do jakiegoś sklepu, teraz nie ma czasu na zabawę. Przecież musimy jeszcze pojechać po Tomka i ja nie będę miała się nad morzem w co ubrać… Nie mam już trzeciej bluzy – dodała ze smutkiem w oczach.
– Chodź no tu na chwilę, coś ci pokażę. – Przystawiłam do mojego biurka z monitorem drugie krzesełko, odpaliłam komputer i zaprosiłam Alę, żeby usiadła obok mnie.
– Popatrz, niech pomyślę – do którego sklepu mogę wybrać się z moją ukochaną wnuczką Alą?
– Jak to, babciu, nie żartuj sobie ze mnie – odparła zaciekawiona.
– No nie żartuję – odparłam – mówię serio. Widzisz to okienko? To jest przeglądarka Google’a. Tutaj wpisujemy nazwę sklepu, który chcemy odwiedzić. Wpisujemy nazwę sklepu i wchodzimy na jego stronę. Teraz wybieramy dział o nazwie „dzieci”, o, widzisz? – W tym momencie Ala zaczyna wpatrywać się w ekran monitora jak zaczarowana.
– Ojej, babciu! I co dalej?
– Teraz klikamy: „Wirtualna przymierzalnia” i wrzucamy w system twoje orientacyjne wymiary. – Ala podekscytowana pyta mnie, czy może sama w to „kliknąć”, wymiary jednak wpisuję ja. 😉
Ileż było radości, kiedy na ekranie pojawia się nasza mała modelka w 3D – wirtualna Ala, jak żywa, tylko nie protestuje, że sukienka ją „gryzie”! Po chwili już wybieramy wzory i przymierzamy jedne spodnie, dwie bluzy, dwie sukienki, trzy koszulki i szorty. Ala tryska radością i widać, jak ją ta cała sytuacja cieszy.
– I co dalej, babciu? Będziemy musiały teraz pojechać do tego sklepu. Czy to jest daleko? – pyta rozbawiona.
– Wcale nie musimy nigdzie jechać. Kliknij po kolei na każde wybrane przez nas ubranko i tutaj masz przycisk: „dodaj do koszyka”, widzisz?
– Tak, tak! Ja sama to zrobię, dobrze? – Ok. – odpowiadam i proponuję, żebyśmy teraz sprawdziły, co mamy w tym koszyku i ile nas to będzie kosztować.
Kiedy zobaczyła cenę, trochę jej mina zrzedła, bo już ma pewne rozeznanie.
– Oj, babciu, to bardzo dużo pieniążków. – Popatrzyła na mnie z taką troską o stan moich zasobów finansowych, że moje serce topniało niczym lód w promieniach południowego słońca. Po takim komentarzu mogłabym jej wszystko kupić, na co tylko byłoby mnie stać! Nie byłoby mi żal, nawet gdybym musiała potem, przysłowiowo, zęby wbijać w ścianę przez miesiąc czekając na kolejną wypłatę. Ona jednak mówiła całkiem poważnie.
– Może lepiej już upierzmy te rzeczy, zabiorę je do osobnej siatki mokre i wysuszę nad morzem. – Teraz już nic nie było w stanie powstrzymać mnie przed opłaceniem naszego koszyka BLIKIEM!
– Kupione! – zawołałam radośnie.
– Jak to babciu? Jak ty to zrobiłaś, pokaż mi proszę.
Po chwili wyjaśnienia mała Ala stwierdziła, że to jest bardzo proste, tylko rzeczy nie ma i chyba musimy po nie pojechać. W tym momencie pokazałam jej aplikację InPostu i na mapie wyszukałam adres pensjonatu w Dębkach. Wybrałam najbliższy punkt odbioru i zawołałam:
– Gotowe! Mamy to!
Ala z uwagą wpatrywała się w monitor mojego komputera, a ja w tym czasie powiększałam mapę. Tutaj jest wasz pensjonat, a tutaj stoi paczkomat InPostu. Widzisz? Pamiętasz ten sklepik ze srebrnymi łańcuszkami, w których przebierałyśmy w ubiegłym roku?
– Tak, oczywiście! – odparła z entuzjazmem.
– Tam będzie na ciebie czekać cała ta przesyłka. Jak tylko dojedziecie do waszego pensjonatu i pójdziecie na spacer, to prawdopodobnie jutro albo pojutrze będziesz już mogła wszystkie te rzeczy sobie odebrać, wpisując odpowiedni kod, który podam ci przez telefon.
Przyznam, że zaimponowałam swojej wnuczce i widać było, że to pierwszy jej kontakt z pełnym procesem zakupowym online. Nowoczesne technologie, z których skorzystała babcia Izka, sprawiły, że w oczach wnuczki poczułam coś na podobieństwo uznania.
– Ale ty babciu jesteś pomysłowa! Nie musimy już tracić czasu i jechać do Pepco, albo do Smyka, albo do Galerii… Tam się traci tyle czasu…
– No właśnie, mamy teraz jeszcze kilka godzin tylko dla siebie.
– O, to ja już wiem, co koniecznie musimy teraz zrobić! – W oczach Ali rozpoznałam już ten figlarny błysk, wiedziałam, że za chwilę z czymś wypali i wcale się nie pomyliłam w tym względzie.
– Babciu, teraz mamy czas i koniecznie musimy pójść do pani Marylki!
Zaczęła się śmiać i radośnie podskakiwać, tak jak tylko potrafi ośmiolatka z dwoma warkoczykami blond i oczami niebieskimi niczym chaberki.
– Ja muszę to wszystko opowiedzieć pani Marylce!
I może znalazłby się tam jeszcze jeden Pluto, bo ten ma prawie pusty brzuszek…
Zostaw Komentarz