Dieta cud! Efektywne odchudzanie – polecam!

with Brak komentarzy

Dieta od jutra… czyli jak efektywnie odkładać projekt „odchudzanie”?

Mówią, że najtrudniejszy jest pierwszy krok. Bzdura. Najtrudniejszy jest pierwszy poranek.
Każdy, kto choć raz planował „od jutra” przejść na dietę, doskonale wie, o czym mówię.

Ja, jako „jeszcze całkiem młoda babcia”, mam w tym temacie bogate doświadczenia z pierwszej linii frontu.
Nie boję się wyzwań – potrafię okiełznać trzylatka w trybie turbo, przetrwać weekend z wnukami i zalogować się do Canvy bez płaczu.
Ale problemy z odchudzaniem oraz racjonalną dietą? To jest zupełnie inny level!

Oczywiście, ja umiem schudnąć! Dwa lata temu zrzuciłam cztery kilogramy w kilka dni i utrzymałam cudowny efekt przez ponad rok.
Zaczęłam wtedy, moim zdaniem, całkiem rozsądnie: – trzydniowa głodówka, potem eleganckie wejście w keto.
Efekt „WOW” pojawił się już w drugim tygodniu tej strategii, w dodatku nie czułam głodu i miałam mnóstwo pozytywnej energii.

Ach, co to za cudowne uczucie, kiedy ukochane jeansy i najlepsze bluzki mogą przeżywać razem ze mną „drugą młodość”!
Byłam lekka, swobodna, wolna — czułam się fantastycznie!
Croissanty mijałam z uczuciem świadomej wyższości, a one cichutko milczały na piekarnianej półeczce i nie były w stanie mnie skusić.

Dzisiaj już nie są takie milczące. Wręcz przeciwnie — zaczepiają mnie, prowokują, kuszą.
Najbardziej, kiedy wizytuję piekarnię przed dywanowym nalotem moich dzieci i wnucząt.

Od kilku tygodni doświadczam za to bardzo ciekawych stanów świadomości, jeśli chodzi o moje decyzje w kwestii redukcji… no, powiedzmy to szczerze — nadmiaru kalorii.


Dzień pierwszy. Bohaterski początek

Budzik dzwoni. Ósma rano. Poranny rozruch na karimacie to już mój codzienny rytuał.
Patrzę w lustro i obiecuję sobie:

„Od dziś zero słodyczy, zero węglowodanów. Głodówka! Bracia Rodzeń będą ze mnie dumni!”

Dwie godziny później kręcę się po domu, jakbym szukała wczorajszego dnia.
W zakamarkach mojej podświadomości czai się cichy strach…
Powraca pamięć przykrych doświadczeń, jakie zawsze towarzyszą mi, ilekroć zaczynam kolejną głodówkę.

Około godziny 11:00 odczuwam rodzący się niepokój i wizję nadciągającej migreny, która za chwilę może zacząć rozsadzać moją czaszkę — tak jak ostatnim razem.
Rozsądnie podejmuję decyzję, aby skorygować swoją dietetyczną strategię:

„Dobrze, może jednak nie głodówka… Bezpieczniej będzie zacząć od keto — zwłaszcza że od tygodnia wprowadziłam tzw.: Intermittent fasting (IF) i mam już pierwsze sukcesy! Jednak głodówka od razu to chyba nie jest najlepsze podejście. Lepiej zacznę od keto, głodowanie to dla mnie jeszcze zbyt hardkorowy stan. Będzie rozsądniej coś w tym żołądku mieć.”

Koło południa na mojej patelni lądują dwa jajka i chrupiący boczek.
Popijam kawą wzbogaconą o łyżkę oleju kokosowego i udaję, że mi to wszystko bardzo smakuje.
Po pewnym czasie, kiedy chowam naczynia do zmywarki, czuję się jednak trochę… nienasycona.
Sięgam więc po awokado – w końcu na keto awokado to świętość.


Godzina 13:00. Pierwsze rozterki

Koło 13:00 melduje się u mnie moja przyjaciółka z dzieciństwa.
W progu pojawia się z pysznymi eklerkami i całą paczką innych ciasteczek.
Dawno się nie widziałyśmy, więc okazja jest wyśmienita, żeby… coś skubnąć.

Ja jednak dzielnie się trzymam:

„Dzisiaj mnie tym nie skusisz!”

Ale przy nalewaniu kawy kątem oka spoglądam na wczorajszego croissanta.
Jest trochę suchy, więc w mojej głowie brzmi to jak:

„Przecież to już nie jest ciastko. To produkt zbożowy. Prawie dietetyczny…”

Skubnę tylko kawałek, żeby się nie zmarnował.
Wmawiam sobie, że to moja nowa metoda wchodzenia w keto etapami.
Rozgrzeszam się na korzyść podsuszonego croissanta, a w mojej głowie rodzi się nowa strategia!
Postanawiam zacząć od ograniczania kalorii, a nie od drastycznej redukcji.

Tak, dzisiaj startuję od diety nisko-węglowodanowej, a do keto dojdę sobie na kolejnym etapie adaptacji.
Ta argumentacja bardzo mi odpowiada.
Różnica subtelna, ale psychiczny komfort ogromny!


Godzina 15:00. Konfrontacja z nieuchronną rzeczywistością

Przyjaciółka wychodzi, ja szybko wskakuję w jeansy, zgarniam plecak i pędzę do rodziców, żeby ogarnąć zakupy i obiad.
W tym czasie czuję, że mój głód rośnie.
Przede mną wizja zakorkowanego miasta, pośpiech i dodatkowy stres.

Tankuję na ulubionej BP i… staję w kolejce do kasy.
Na ladzie leży ON.
Croissant.
Świeży, złocisty, pachnący, maślany.
Kusi moją wyobraźnię swoją miodową kruchością…
Do tego promocja na karmelową kawę z pianką. Kosmos!

Wewnętrzny dialog wygląda mniej więcej tak:
– „Izabelo, nie możesz.”
– „Ale to tylko jeden croissant.”
– „A keto?”
– „Croissant jest maślany, czyli to właściwie tłuszcz. A tłuszcz na keto jest dozwolony!”

Logika: 10/10. Silna wola: 0/10.

Wychodzę ze stacji z karmelową kawą, croissantem i… dwoma brązowymi cukrami, bo przecież gorzka kawa to tortura.


Wieczór. Wielki finał i motywacja na kolejny dzień

Wracam późnym wieczorem.
Zostawiam za sobą długi, wyczerpujący dzień.
Marzę tylko o jednym – żeby swobodnie zalegnąć na mojej skórzanej kanapie z kubkiem gorącej herbaty z cytryną.
Telewizor i ciepły kocyk koją zmęczenie.

Mirek szuka dla mnie jakiejś komedii, żebym mogła się zrelaksować przed snem.
Ale ja już po chwili zaczynam się kręcić po kuchni.

Na lodówce jest tyle magnesów z naszych podróży…
One nie tylko przykuwają wzrok — one przyciągają mnie do siebie.
W tajemniczy sposób sprawiają, że zaczynam otwierać i zamykać lodówkowe drzwi.
Najwyraźniej czegoś szukam…
Nie wiem jeszcze czego. Może wczorajszego dnia, bo nic ciekawego tam nie znajduję.

Mirek spogląda na mnie z przekąsem i rzuca swoim ulubionym tekstem:

„Wyjdź wreszcie z tej lodówki, bo ucieknie gaz!” 😅

Moja frustracja rośnie, więc wygłaszam monolog o braku czekoladowych lodów!
On próbuje mnie odwieść od tego pomysłu, ale po chwili jego serce topnieje… jak te lody, o których marzę.
Zakłada buty, lituje się nad moim niepohamowanym napadem nocnego łakomstwa i po kilku minutach wraca z czekoladowymi…

Siedzę już spokojnie na skórzanej kanapie, z łyżeczką w jednej ręce i pudełkiem tych zimnych pyszności w drugiej.
Jest mi bardzo dobrze.
Po zaspokojeniu pierwszego głodu układam sobie w głowie nową strategię dietetyczną… oczywiście na kolejny dzień
– najlepiej od jutra.
😉


Podsumowanie

Tak wygląda moje „odchudzanie” ostatnimi czasy. W skrócie:

Plan – ambitny.
Wykonanie – kreatywne.
Efekt – croissanty, karmelowa kawa i lody przed snem.

A jutro?
Oczywiście zaczynam dietę. Na pewno. Na sto procent.
Chyba że znowu wpadnie przyjaciółka… 😉

Zostaw Komentarz