Początek mojej historii – jestem babcią!

with Brak komentarzy

Zacznę od krótkiego wprowadzenia. Stało się – choć ciąża mojej córki nie da się zakwalifikować do zjawiska określanego mianem „wpadka”. Wpadką jestem ja – bo kiedy po raz pierwszy wzięłam na ręce to maleństwo omal sama nie dostałam laktacji!
Tak, te pierwsze godziny, od chwili gdy odwiedziłam swoją córkę w szpitalu uświadomiły mi moje nowe położenie! Oto ja – zwyczajna kobieta skupiona na sobie i zajęta swoim życiem czyli babcia absolutnie niedoskonała, babcia bez żadnego przygotowania została babcią. Babcia! Co to za dziwne słowo?! Ratunku! Słowo „babcia” ciągle wydaje mi się jakieś obce! Słowo babcia kojarzy mi się z kimś nobliwym, starszym, poważnym – a ja? OK., zgadzam się, sama od trzydziestu lat jestem matką, córką całkiem fajnych rodziców,  ciotką dla niektórych dzieci naszych znajomych, przyjaciółką mojej córki i koleżanką dla kilku wspólnych koleżanek z moją córką – co trochę dziwnie brzmi więc opowiem o tym przy innej okazji. Tymczasem od chwili narodzin naszej małej, którą muszę nazwać swoją wnuczką, nie wiem jak przełknąć to dziwaczne słowo „babcia”? Słowo jest jeszcze nieoswojone – ja też! Mimo wszystko ta nowa sytuacja wydaje mi się dosyć abstrakcyjna…
Mam wrażenie, że unoszę się mentalnie gdzieś ponad realnym wymiarem obecnego Świata. Czuję przypływ jakiejś dziwnej energii, nie potrafię o niczym innym myśleć tylko analizuję i zastanawiam się jak to teraz będzie? Przez ostatni miesiąc do narodzin dziecka chodzę podekscytowana mierząc się z nową rzeczywistością, z faktem, że moje dziecko, właśnie staje się mamą. Do tej pory w naszych relacjach ta rola była zastrzeżona tylko dla mnie! Ogarnia mnie strach czy i jak ona sobie teraz poradzi? Przecież ona nie ma żadnego doświadczenia! Nagle ogarnia mnie strach o własne dziecko, które od tylu lat jest samodzielne i ze wszystkim radzi sobie całkiem nieźle – a ja nagle zaczynam panikować. Nie rozumiem dlaczego?!
Jadę do szpitala, tyle myśli przelatuje mi przez głowę. Za chwilę zobaczę je Obie! Córka mojej córki to przecież moja wnuczka. Wnuczka – babcia, babcia – wnuczka – oj, jednak to ciągle jakoś dziwnie brzmi… Redukuję biegi, hamuję, zatrzymuję się na czerwonym świetle. Na ulicę leniwie wkraczają piesi, wszędzie dostrzegam jakieś mamy z wózkami a ja wypatruję babć – jednak ich nie widzę. Obracam wsteczne lusterko na siebie i przyglądam się, jakbym chciała sprawdzić jak wygląda babcia w pierwszej dobie swojego nowego istnienia? Od wczoraj chyba się nic nie zmieniło – a jednak…

Jest upalny lipcowy dzień, klimatyzacja włączona na max, w radiu, moje ukochane przeboje 90-tych lat, więc z tyłu głowy plączą się wspomnienia – pastelowe obrazy mojego czasu, kiedy jeszcze wszystko miałam przed sobą. Poprawiam lusterko bo za chwilę zapali się zielone światło, mrużę oczy przed promieniem ostrego słońca, sięgam po okulary i ruszam. Kierowca z sąsiedniego auta, patrzy na mnie i posyła uśmiech. Odwzajemniam – bo nie wie, że ma do czynienia z babcią, babunią, babuleńką! Na myśl, że zaraz zobaczę swoją córkę i jej maluszka czuję w brzuchu motyle. George Michael i „Wake Me UP” porywa tak, że energia wypełnia radością każdą komórkę mojego ciała – jednak gdzieś z tyłu głowy czai się uporczywy strach oto jak ja sobie poradzę? Przecież One będą mnie potrzebować! A moja praca, moje sprawy? Teraz moja córka ma urlop a co będzie kiedy już wróci do pracy? Wiem, że na mnie liczy. Pewnie, że nie jestem sama – druga Babcia też nie może się doczekać, niestety ma złamaną rękę i trzeba ją teraz ochronić przed babciowymi obowiązkami, żeby się mogła spokojnie wykurować. Doganiają mnie pierwsze obawy – jak to wszystko przyjdzie nam teraz pogodzić? Jestem już prawie pod szpitalem. Dopiero teraz dociera do mnie, że to ten sam szpital, w którym 30 lat temu sama rodziłam. Zwalniam, skręcam w stronę parkingu i wjeżdżam na podjazd. Biorę bilet, szlaban idzie do góry. Szukam miejsca, parkuję, wyłączam radio i klimatyzację. Wraz z otwarciem drzwi uderza mnie duszna, upalna, miejska przedpołudniowa cisza z pogłosem szumu ulicy w tle. Idę w stronę głównego wejścia, mijam ludzi, wchodzę wielkimi drzwiami, po schodach w górę i w lewo na oddział położniczy. Serce przyspiesza, czuję że zaczyna mocniej bić, coraz głośniej – jednak mam straszną tremę.

Po chwili widzę swoją córkę z daleka, czeka na mnie na końcu korytarza przy drzwiach do swojej sali. O czym pomyślałam widząc ją z daleka – teraz tego nie opiszę. Podchodzę i nie wiem co powiedzieć – umęczona, wycieńczona bez siły – ale szczęśliwa. Dłuższą chwilę patrzymy sobie w oczy bez słów. Nie potrzeba nic mówić, wszystko czuję, wszystko rozumiem. Chciałabym jej teraz zabrać cały ból – ale się nie da. Nie skarży się, jest dzielna. Lekarze mówią, że trzeba chodzić. Patrzę z trwogą, ten widok mnie osłabia, z trudem przełykam ślinę. Wchodzimy do sali, puszcza mnie przodem – upalny dzień już zaczyna dawać się we znaki. Dwie inne kobiety zajęte swoimi maluszkami. Mówię dzień dobry i staję u wezgłowia tego łóżka, gdzie jest maleństwo w przezroczystym koszu na kółkach. Cesarka była bardzo ciężka, słucham relacji i wszystko we mnie drży. Wiem, że inaczej się nie dało, gdyby nie cesarskie cięcie, moja wnuczka nie leżałaby tu teraz bezpieczna taka śliczna i zdrowa – moja córka też. Nie mam wątpliwości jak ważny zaczynamy etap – jestem babcią i dziewczyny mnie teraz potrzebują ale moje dziecko jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy jak bardzo będę jej potrzebna w najbliższych dniach. Ja już to czuję, po ilości i rodzaju zadawanych przez nią pytań, po spojrzeniu wypełnionym troską o swoje maleństwo – i tym skierowanym w moją stronę – pełnym niepewności i obaw.
Nie potrzeba było słów…
Ja już wiem, Ona jeszcze nie.

Zostaw Komentarz