Nadwrażliwość – trzeba to uszanować

with Brak komentarzy

Młode mamy są szczególnie wyczulone na pierwsze reakcje bliskiego otoczenia. Rodzona matka lub teściowa już w pierwszych kontaktach powinny zachować ostrożność. To dla nas, świeżo upieczonych babć, niezły test – moment poważnej próby, maska spada. Możemy być prawdziwym wsparciem albo nieźle wkurzyć, rzucając się do udzielania porad i krytykowania niedoświadczonych rodziców.

Pamiętam swoją przyjaciółkę, która mieszkała z rodzicami – jej mama to był prawdziwy postrach. Zdominowała młodych do tego stopnia, że o mały włos ich małżeństwo by się rozpadło. Pani babcia wszystko robiła najlepiej i, o zgrozo, na każdym kroku strofowała albo pouczała zięcia. Doświadczenie pokazuje, że chwilowa nieporadność czy niepewność rodziców to nic dziwnego. Możliwe, że świadomość braku wprawy w tych dniach stresuje i może sprawić, że niemal każdy kontakt – wizyta stęsknionych i ciekawych maluszka bliskich – może się okazać dla młodych męcząca. Ja też miałam taki etap, kiedy rodzinne doradzanie czy przepełnione troską spojrzenia odbierałam jako powątpiewanie w moje macierzyńskie talenty.

Od pierwszych minut życia mojej córki, mimo braku doświadczenia, miałam konkretną wizję swojego macierzyństwa. W końcu przygotowywałam się na jej przyjście prawie dziewięć miesięcy. Czułam i rozumiałam swojego dzidziusia i nie chciałam wtedy żadnych „złotych porad”. Wszelkie słowa typu:  musisz, tak trzeba, nie wolno, czy wiesz, że nie należy...  etc., działały na mnie jak płachta na byka. IRYTACJA – była efektem kilku pierwszych rodzinnych i towarzyskich odwiedzin. Czas wypełniony pouczaniem ze strony bliskich i tych wszystkowiedzących, doświadczonych cioć uważałam za stracony. W doradzaniu wszyscy byli mistrzami świata, w irytowaniu mnie – tym bardziej!

Czy słusznie? – Po latach patrzę na to z innej perspektywy – mam dystans. Jak zatem potraktuje mnie teraz moja córka? Czego oczekuje i jak ja mam się zachować, żeby oszczędzić jej tego, co mnie krępowało i kiedyś doprowadzało do złości? Co mogę powiedzieć, żeby nie zrazić do siebie osoby, którą kocham, która jest mi bliska? Jak pomóc, żeby nie wkurzyć i nie naruszyć tej delikatnej granicy jaką jest rodząca się więź i intymność w relacji między niedoświadczonymi rodzicami a dopiero co narodzonym maleństwem? Czy w ogóle niepytana powinnam udzielać jakichkolwiek rad? A prawda jest taka, że bardzo bym tego chciała – jak każda kochająca mama i każda kochająca babcia…

Co z tym fantem zrobić? Przede wszystkim muszę zrozumieć, że to nie jest moje macierzyństwo – to czas dla młodych rodziców, ich decydujące pierwsze chwile, na które czekali przez dziewięć miesięcy!

Dociera do mnie absurd całej sytuacji bo jeszcze przed chwilą buntowałam się na słowo „babcia”. Teraz robi mi się smutno, bo za kilka godzin pójdą sobie do domu sami a ja nie wezmę już dzisiaj w ramiona tej malutkiej pachnącej Kruszyki. Nie będę mogła ich niepokoić telefonami – a przecież już czuję po kościach, że będę ciekawa wszystkiego!

Dociera do mnie fakt, że jestem w jakimś dziwnym, nieznanym mi nastroju. Przyglądam się małej i wiem, że będę musiała wyrwać się z tego stanu „zaczarowania” i wrócić do swojego życia. Przez chwilę odnoszę wrażenie jakbym była zawieszona gdzieś w przestrzeni i bujała pomiędzy swoim i ich światem. Moja córka teraz patrzy w drugą stronę, cała jej uwaga i wszystkie emocje są skupione na dzidziusiu. Co za widok! Nagle dociera do mnie cudowna myśl, przecież to właśnie teraz moje macierzyństwo naprawdę się dopełnia! Czuję radość. Urodziłam córkę, wychowałam ją na samodzielną, fajną kobietę i mogę uczestniczyć w jej macierzyństwie ale to nie znaczy, że muszę się we wszystko wcinać!

Warto nauczyć się dystansu i poczekać na rozwój sytuacji, zobaczyć co przyniesie czas. Podchodzę do małej i biorę ją na ręce. Trzymam w ramionach naszego maluszka i z radości unoszę się pod sam sufit, prawie wylatuję przez to zalane promieniami słońca okno – w stronę gęstych, zielonych gałęzi drzew. Dziecko tak cudownie pachnie. Moja córka uśmiecha się do nas i wyczuwam z jej strony zaufanie i pełną akceptację mojej przy nich obecności. Jestem częścią ich szczęścia.

To mi na dzisiaj wystarczy. Jak miło, naprawdę fajne wrażenie – ten pierwszy kontakt jest po prostu cudowny!

Przytulam niemowlaka, uśmiecham się do swojej córki, cieszę się chwilą i zbieram myśli, które krążą wokół mojej głowy. – Jak sprostać nowej roli? Jaka jestem a jaka powinnam dla nich obu być? Jakiej mnie potrzebują? Jeszcze nie wiem ale wierzę, że wszystko się jakoś poukłada.Tulę małą w ramionach ale to nie to samo co czułam 30 lat temu. Wtedy czułam radość i wielki ciężar odpowiedzialności. Teraz odczuwam lekkość. Patrzę na moją córkę i chcę aby wiedziała, że jestem otwarta na pomoc, że ufam jej jako młodej mamie i że, na miarę moich możliwości, zawsze może na mnie liczyć. Ze swojej strony nie mam zamiaru się narzucać, wymądrzać, krytykować, ani na siłę doradzać! Będziemy się siebie uczyć na nowo. Ale to nie wszystko, teraz, w nowej sytuacji uczę się również siebie. Tej roli jeszcze nie znam – to nasza wspólna podróż w nieznane. Mam tremę – ale wierzę, że ta podroż będzie dla nas ważna i może być naprawdę ciekawa.

Zostaw Komentarz