Pierwsze wyzwanie

with Brak komentarzy

Rozpacz dzidziusia

Sytuacja się rozwija, napięcie rośnie, bo maleństwo zaczyna coraz bardziej płakać – coraz głośniej, coraz rozpaczliwiej. Już chciałabym coś doradzić w stylu: – „pewnie jest głodna, nakarm ją” – ale zgodnie z własnym postanowieniem, mocno gryzę się w język. Przecież Ona to wie! Nawet jeżeli na razie nie bardzo jeszcze wie, co robić za chwilę podpowie jej instynkt. W myślach nakazuję sobie siedzieć cicho – póki wytrzymam. To pierwsza próba – moja pierwsza po latach konfrontacja z płaczem niemowlęcia, które mnie bardzo obchodzi.

Dzieciątko osiąga już poziomy górnego „C” – mam wrażenie, że za chwilę stracę słuch. Obserwuję swoje dziecko jak mierzy się z wyzwaniem i z trudem podnosi się z łóżka. Pytam czy pomóc ale mówi, że chce sama. Wszystko się we mnie wyrywa, żeby jakoś wyręczyć, podać dzidziusia – jednak się powstrzymuję, skoro ona woli po swojemu. Skoro obiecałam sobie dystans i rozwagę – to trzeba podejść do tematu spokojnie, uczę się nowej roli babci… – nie wiedziałam, że to wcale nie jest takie łatwe…

– Muszę się ruszać mamo, lekarze tak kazali, nie ma co się nad sobą rozczulać a poza tym chcę jak najszybciej odzyskać sprawność.

Patrzę na nią, serce mi się ściska bo chciałabym pomóc ale siedzę na tyłku i udaję, że wszystko jest OK. Staram się, pokazuję, że nic mnie nie rusza – ale rusza jak cholera! Jej ból przenika do mojej świadomości. Dyskretnie obserwuję jak przewija i bierze swoją córeczkę, żeby ją nakarmić. Widzę jak czule ją traktuje i jak martwi ją ten rozpaczliwy płacz.

Siedzę grzecznie, jak chciała ale krzesełko już mnie prawie parzy. Zastygam bo bierze się do karmienia. Zamieram w bezruchu, niemal wstrzymując oddech – w głowie mam sto jeden porad – ledwo się powstrzymuję! Próbują na leżąco, siedząco, bardziej i mniej w lewo, w prawo – nic z tego nie wynika a ja przecież WIEM CO POWINNA ZROBIĆ!!!

Siedzę grzecznie – nadal. Widzę, jak próbuje ją przystawić do piersi i oczywiście dostrzegam, że źle trzyma maluszka bo mała w takim położeniu nie daje rady prawidłowo jej uchwycić! Czuję, że ją to frustruje podwójnie – bo przecież chciała mi pokazać jak dobrze im to już raz wyszło a tu figa.

Ja siedzę obok i patrzę – więc nie wiem jak patrzeć, ŻEBY NIE PATRZEĆ – ALE POPATRZEĆ?!!! – No to patrzę!

Po chwil sięga ręką po specjalną długą jak rogal poduchę i układa ją sobie wokół pasa – ale nic z tego nie wynika! Dziecko coraz głośniej rozpacza, denerwuje się a jej zmęczone ramię pozbawione odpowiedniego podparcia coraz bardziej słabnie. Wyczuwając, że wszystko idzie nie po jej myśli – tłumaczy się przede mną, że pielęgniarka laktacyjna właśnie tak ją uczyła. – Przecież nie musi mi się tłumaczyć, ja nie oceniam! … – Tylko czy Ona o tym wie, że ja jej nie oceniam, skoro patrzę?

– Ciekawe jaką ja mam teraz minę?! Muszę się gryźć w język, bo trudno zaprzeczyć, że sobie nie radzi i uświadamiam sobie, że pewnie to po mnie widać. Dziecko wije się, krzyczy, płacze złości się i pręży. Wrzask nie do wytrzymania. W pokoju jest strasznie gorąco. Mamy lato stulecia i zero klimatyzacji w sali, w której przebywamy. Wiem, że pielęgniarka laktacyjna to w szpitalu wielki autorytet, fachowa pomoc i zapewne ma wielką wprawę… ale moja córka najwyraźniej pogubiła się we wskazówkach, które otrzymała poprzednim razem i teraz wszystko nie jest tak, jak zapewne chciała mi zademonstrować.

Żeby nie wychodzić przed szereg proponuję, że może pójdę po tą jej panią pielęgniarkę od laktacji ale młoda mama nie chce niczyjej pomocy i dzielnie zmaga się z płaczem, głodem i chwilową własną frustracją.

Siedzę spokojnie na krzesełku i dopiero kiedy ona kieruje w moją stronę swój błagalny wzrok, uśmiecham się – och, jak ja czekałam na to spojrzenie! Ale na szczęście cugle moich opiekuńczych zapędów mam mocno zaciągnięte i naprawdę ostrożnie odzywam się do swojej córki:

– Och, nie przejmuj się, to normalne. Po prostu po operacji jeszcze nie masz siły, żeby utrzymać dzidziusia w odpowiedniej pozycji do karmienia. Wiesz co, mam pomysł, może złożymy tą długą poduchę na pół, wtedy będziesz miała tu podparcie, pod rękę a dziecko będzie miało wyżej główkę i będzie lepiej ułożone do karmienia. Chcesz spróbować?  Może jeśli mała będzie mieć troszkę wyżej główkę, będzie wam obu łatwiej? –  podpowiadam nieśmiało. Mówię życzliwym i łagodnym głosem, bez nacisku ale serce wali mi jak młotem, bo nie wiem czy zaakceptuje moje wskazówki. Od dziesięciu bardzo głośnych minut wiem, że mam rację ale to nie moje piersi, nie mój dzidziuś – więc nie wiem czy się nie za bardzo wyrywam z tym doradzanie? Przecież to bardzo ważna i intymna chwila, coś zupełnie nowego w  życiu mojej córki.

Język jej ciała wreszcie daje przyzwolenie. W końcu mogę odkleić pupę od gorącego już krzesełka! Działam z uśmiechem, pomagam ułożyć rogala w taki sposób, żeby podjęła próbę „po mojemu”, nie czując zbytniej presji z mojej strony. Po chwili mała pięknie przyssała się do matczynej piersi. Uff – co za ulga! W oczach mojej córki dostrzegam uśmiech i radość, i… wdzięczność za tą pierwszą pomoc. Nareszcie zapadła cisza, dziecko się wycisza, przestaje rozpaczać a jej mama promienieje i wyraża swoje pierwsze uznanie dla mnie!

– Oj mamusia, widzę, że jeszcze pamiętasz instrukcję obsługi niemowlaka – dobrze, że jesteś, dziękuję.

🙂

Zostaw Komentarz