Dziwne uczucia ogarnęły mnie tego upalnego sierpniowego dnia, kiedy po raz pierwszy w życiu wzięłam na ręce swoją wnuczkę. Ukrywając chwilową niepewność musiałam po cichu dodawać sobie odwagi, że pamiętam, że trzeba podtrzymać delikatnie główkę, że dam radę…, że potrafię, potrafię, potrafię! Tylko ja jedna wiem, jak mocno zaczęło walić moje serce i jak zrobiło mi się gorąco – bynajmniej nie z powodu upału, tylko zwykłego strachu. Tak, muszę przyznać, że miałam chwilę zwątpienia w moje własne babciowe umiejętności ale nie chciałam tego okazać córce. Ona patrzyła na mnie z taką wiarą i zaufaniem, że nie mogłam zdradzić nawet cienia lęku przed wzięciem maleństwa w ramiona. Przyglądała mi się uważnie. W jej oczach widać było zmęczenie drugiej pooperacyjnej doby i pokłady matczynego szczęścia, któremu nie przeszkadza nawet wielka pulsująca bólem blizna na brzuchu. Radość z posiadania dziecka i adrenalina, trzymały ją jeszcze w ryzach. Znam te emocje, pamiętam, wracają dawne wspomnienia…
Trochę onieśmielona przytuliłam do siebie maleństwo, moja córka przygląda się bacznie ale patrzy z uśmiechem – uff, pierwszy test zaliczyłam chyba celująco! No proszę, nawet zostałam pochwalona przez własne dziecko, że dobrze sobie radzę. Kamila zaczyna mi zadawać pytania, pyta o tyle podstawowych spraw, że nagle z przerażeniem spostrzegam jak mało wie na temat tego wszystkiego co dotyczy obsługi niemowlaka!
Kamila zaczyna zasypywać mnie pytaniami o wszystko. O to co, jak i kiedy trzeba robić z takim malutkim dzidziusiem?! … Z przerażeniem odkrywam, że mam w głowie pustkę! Na samą myśl, że muszę odpowiadać na pytania, które ciągle wydają mi się jakąś ABSTRAKCJĄ – robi mi się słabo! Ale to jeszcze nie koniec pierwszej szokowej terapii bo na salę wchodzi pielęgniarka oddziałowa i oznajmia, że dziś po południu moje dziewczyny wracają do domu. – Jestem tak zaskoczona, że nie wierzę własnym uszom. Jak to możliwe? W drugiej pooperacyjnej dobie?! Patrzę na córkę i teraz zaczynam się naprawdę obawiać o jej bezpieczeństwo. Przecież ona ledwo trzyma się na nogach! Coś tu chyba nie jest tak jak powinno, miała wyjść jutro po południu! Wystarczy na nią spojrzeć, żeby zobaczyć, że jeszcze nie ma dosyć sił! Chciałam zareagować, energicznie zaingerować w tak pochopną decyzję szpitala, kiedy odwracam się w stronę Kamili i widzę, że ona jest zachwycona nową perspektywą! Promienieje z radości, że za kilka godzin całą rodziną, w nowym składzie, po raz pierwszy będą w swoim domu! – I ja nie mam tu nic do ingerowania, bo ona tego chce!
Bierze komórkę i dzwoni do świeżo upieczonego taty z radosną nowiną – a ja stoję jak wryta i przecieram oczy ze zdumienia. Komunikuje mi, że chcą być sami z dzieckiem i żebym się nie martwiła, dadzą sobie radę.
Chwila rozmowy, ustalają między sobą nowy plan. Za kilka godzin Paweł przyjeżdża po dziewczyny do szpitala. Patrzę jak ona się cieszy mówiąc mi, że nareszcie będą sami razem z dzidziusiem. Stoję z rozdziawioną buzią i dociera do mnie, że nie będę im potrzebna i nie ma znaczenia co ja o tym myślę! Boleśnie dostrzegam, że nie mam nic do powiedzenia!
No tak, pora się przestawić, bo to już nigdy nie będą moje decyzje. Oczywiście wiem, że to jest ich czas, nie mój – przecież to oczywiste! – Czy aby na pewno? Po chwili młoda znowu magluje mnie na temat tego co i jak powinna robić z dzieckiem po powrocie ze szpitala. Ile powinno być siusiań, ile kupek, ile razy powinna ją karmić? Jestem zaskoczona, zaczynam panikować – choć staram się nie pokazywać po sobie jak mnie to wszystko zaskakuje. Niby sporo czytała, chodzili razem do szkoły rodzenia, gromadzili wiedzę – ale okazuje się, że kiedy przychodzi zmierzyć się z realnym życiem, nagle pod wpływem zmęczenia i stresu cała wiedza gdzieś jej uleciała. Do tego wszystkiego Mała zaczyna przeraźliwie płakać. Młoda mama z trudem się przemieszcza, ledwo idzie ale podchodzi do niej i sprawdza czy nie trzeba przewinąć. W miarę narastającego płaczu entuzjazm do samodzielności delikatnie opada. Widzę, że jest trochę przestraszona swoją nową rolą próbując nieporadnie przewijać.
Teraz w głowie cofa mi się cały film. Przywołuję obraz siebie z dawnych lat. Pamiętam, że ja nie potrzebowałam, żeby ktoś mnie wyręczał, wszystkiego chciałam się nauczyć sama. To ten niebezpieczny moment, kiedy łatwo podkopać wiarę młodej mamy w jej talent i możliwości. Dlatego z trudem tłumię swoje nadopiekuńcze instynkty i spokojnie przyglądam się zmaganiom mojej córki – bo wiem, że niebawem i tak będzie mistrzynią w tej dziedzinie.
Uśmiecham się do moich wspomnień i przypomina mi się jak kiedyś, bez powodzenia, sama walczyłam z tetrową pieluchą.
Co to był za koszmar te pierwsze nieporadne „zawijanki”! To dopiero była masakra! W takich chwilach wiele kochanych babć chętnie się uaktywnia i nieproszone wyrywają się do wyręczania, przewijania, pouczania… Te bardziej przebojowe często pokazują, instruują, czują się niezastąpione! – Czyli „babushka – mamuśka” w swoim żywiole!
Teraz już rozumiem dlaczego, bo sama mam na to wielką chęć! A miałam być taka postępowa, opanowana, mądra! Niestety widzę, że sama muszę się mocno kontrolować, więc zaczynam pierwszy swój bolesny trening – na własnej osobie, w myślach wydając sobie komendę: – Stój kobieto, nie wyrywaj się, obserwuj! Oczywiście, że doświadczenie każdej babci, może się okazać przydatne a nawet bezcenne! Ale tylko wtedy gdy młoda mama sama poprosi o pomoc albo gdy świeżo upieczona babcia zapyta, czy też może spróbować? Uważam, że tylko w ten sposób ustawimy się w relacji partnerskiej z własnym dzieckiem. Warto okazać respekt względem matki, na którą teraz spada główna odpowiedzialność za siebie i dziecko i nie rzucać się do wyręczania jeżeli nie ma takiej konieczności ani nas o to nie prosi.
Dlatego nie wyrywam, postanawiam zaufać swojej córce – nawet jeżeli teraz czegoś nie potrafi, w głębi serca jestem o nią spokojna.
Zaczęłam sobie coraz lepiej przypominać tamten czas. Wróciła również pamięć tego jak bardzo irytowały mnie wszelkie rady, płynące choćby z najszczerszego serca od najbliższych i życzliwych mi osób! Żółte światło na drodze do mojego babciowania pulsowało coraz intensywniej. Zrozumiałam, że do tematu tzw. doradzania i instruowania własnego dziecka trzeba będzie podejść bardzo ostrożnie.
– Ciekawe jak długo wytrzymam?
Zostaw Komentarz