Wróciłam do domu przed godziną 16 – tą. Miasto na szczęście nie było zatłoczone, wakacje w pełni. W głowie miałam pustkę, w sercu niedosyt. Codzienne czynności bledną wobec dzisiejszych dziwnych przeżyć. Mój mąż od kilku dni bacznie mi się przygląda. Pyta jak tam maleństwo, jak młodzi rodzice? – Ale tak naprawdę próbuje wyczuć mój nastrój. Przyznałam mu się do kilku swoich obaw, jednak chciałam zachowywać dystans, więc podsumowałam, że przecież młodzi rodzice muszą sobie jakoś poradzić. Ochoczo przyznał mi rację – nie wiem tylko czy uwierzył w to co deklarowałam. Zjedliśmy obiad i zrobiliśmy sobie kawę planując wieczór z przyjaciółmi. Przyznałam mu się, że mi smutno bo pewnie już do mnie dzisiaj nie zadzwonią… – a ja tym bardziej, żeby im nie przeszkadzać. Ale jakoś to wytrzymam… przecież… Uśmiechnął się pod nosem i z niedowierzaniem pokręcił głową. Wzięłam swoją kawę, usiadłam na kanapie zaciskając palce na swoim telefonie komórkowym.
– Nawet nie wiesz jak się cieszę, że oni chcą być tacy samodzielni! – zaczynam swoją narrację. Na stoliku obok kawy leżała książka Beniamina Spocka – „Dziecko – pielęgnacja i wychowanie”. Spojrzał na tytuł i zaczął się śmiać.
– No, co? Z czego się chichrasz? – zapytałam trochę jak osoba na diecie przyłapana w nocy na plądrowaniu lodówki.
– Wpadłaś kochana, wpadłaś po same uszy!
– Chyba sobie żartujesz! W nic nie wpadłam! Jestem zdystansowana, spokojna i nie mam zamiaru im się w cokolwiek wtrącać. To ich życie, ich dziecko, ich sprawy. Jak będą potrzebowali to zadzwonią a my wszyscy mamy swoje życie i nie ma się o co martwić. I nie patrz tak na mnie i mnie nie denerwuj!
– A co ty tak cały czas sprawdzasz tą swoją komórkę? – spytał wbijając we mnie wzrok.
– Wcale nie sprawdzam! Tak tylko sobie zerkam… Oj, przecież wiem, że dzisiaj już nie będę im do niczego potrzebna. Może wyskoczymy gdzieś wieczorem z kimś się spotkać? – zapytałam. Jeszcze nie zdecydowaliśmy z kim się umówić gdy na moim telefonie pojawiła się ikona ze zdjęciem Kamili. Podskoczyłam zelektryzowana jakby ktoś tchnął we mnie nowe życie! Mąż łapie się za głowę i najwyraźniej bawi go ta cała sytuacja. Odczekuję trzy sygnały i odbieram spokojnym, zrównoważonym głosem…
– Mamusiu, przepraszam, że przeszkadzam. Ponieważ powiedziałaś, że gdybym potrzebowała, to żeby zadzwonić… Bo ja miałam jutro dopiero wyjść ze szpitala a Paweł jest od kilku dni umówiony i chciałby na 2 godziny wyskoczyć z domu. Czy Ty byś mogła na te dwie godziny do mnie podjechać, czułabym się bezpieczniej gdyby ktoś przy mnie był. Oczywiście, jeżeli ty nie możesz, to Paweł ze mną zostanie – ale ja bym nawet chciała, żeby na chwilę złapał oddech…
– Kamilko, oczywiście! Nie ma żadnego problemu! Nie, nie mamy żadnych planów. Powtarzam, nie ma problemu! Tak, tak – już jadę, będę za 20 minut, niczym się nie przejmuj! – Mój mąż śmieje się pod nosem – ja wiem, że nieco przeginam ale patrzę na niego przepraszającym wzrokiem bo po swoich wcześniejszych deklaracjach co do sposobu spędzenia pozostałej części dnia czuję się względem niego trochę not fair.
– Nie pogniewasz się? Wyskoczę na 2 godzinki i wrócę – pytanie jest w zasadzie retoryczne.
– Oczywiście, że jedź. Widzę, że siedzisz jak na szpilkach – jedź do niej i o nic się nie martw. Zdążysz na ósmą, albo trochę po? Karol przysłał mi sms-a, że mają ochotę do nas wpaść o wpół do dziewiątej.
– Zdążę. Dzięki! – Po pięciu minutach siedziałam już za kierownicą. Starałam się jechać ostrożnie – na miarę możliwości. Do celu dotarłam dosyć szybko, – pewnie miałam „zieloną falę”!
😉
Jednak to, w jakiej kondycji zastałam swoją córkę mocno mnie zaskoczyło.
Zostaw Komentarz