Wracam po długiej przerwie

with Brak komentarzy

Upływający czas – to wróg czy przyjaciel?

Moje życie nabrało rozpędu, szczególnie przed wakacjami. Mimo aktywnego babciowania w tym roku musiałam uporać się z nawałem pracy na uczelni, na której od kilku lat prowadzę zajęcia i warsztaty dla studentów. Praca zawodowa niestety pochłaniała mi mnóstwo czasu. Sporo wysiłku kosztowało mnie zorganizowanie wszystkiego w taki sposób, żeby mimo nawału obowiązków znaleźć odpowiednią przestrzeń i czas dla relacji z moimi dziewczynami. Ale dałam radę i mogę powiedzieć, że ten rok spędzony z Kamilą, kiedy była na urlopie macierzyńskim, to jeden z fantastyczniejszych etapów mojego życia w relacjach z córką. Zawsze miałyśmy ze sobą świetny kontakt ale teraz pojawiła się nowa jakość – obie jesteśmy dorosłymi kobietami. Ona – jeśli chce – korzysta z mojego doświadczenia i dystansu – ja ładuję się jej energią, entuzjazmem, szalonymi pomysłami i świetnie się przy tym bawię.

Wiem, że bardzo długo nie publikowałam żadnych postów. Każdy napisany tekst zostawiałam sobie w katalogu „ROBOCZY – NIEDOKOŃCZONE” na później. Niestety „później” nie za bardzo byłam w stanie nad nimi zapanować i choć wiele sytuacji opisywałam na bieżąco to nie wszystkie pod względem stylistycznym nadają się do publikacji. Jednak od kilku dni przeglądam zebrane pliki, czytam i widzę, że jest z czego wybierać. Fakt, wiele razy coś zaczynałam pisać… – i albo nie było kiedy dokończyć albo dopadały mnie nowe sytuacje a wcześniej opisane blakły, po pewnym czasie okazywały się mało istotne.

Ciągle coś się działo. Mała Alicja na początku głównie spała, płakała, jadła, wypełniała pieluchy efektami dobrej przemiany materii i całkiem szybko rosła według rozkładu jazdy niemowlaka. Kiedy wreszcie zaczęła przesypiać coraz dłuższe fazy nocnej ciszy – bo przestały ją męczyć kolki – to nagle zaczęło się rozgorączkowane ząbkowanie. Do tego skoki rozwojowe, rota-wirusy i inne niespodzianki. Kiedy pojawiła się jakaś infekcja a lekarze stawiali pierwsze diagnozy akurat byłam z mężem na wakacjach w innej strefie czasowej. Po pierwszym dramatycznym SMS-ie od Kamili ogarnął mnie potworny niepokój o małą. Zalecenie antybiotykoterapii kilkumiesięcznemu dziecku wydawało mi się jakąś abstrakcją, czymś koszmarnym! Różnica czasu sprawiła, że moje sugestie i porady na odległość płodziłam w środku nocy, apelując do swojej córki, żeby (jeśli nie trzeba działać natychmiast) jednak powtórzyła nazajutrz badanie moczu dziecka i zweryfikowała diagnozę z drugim lekarzem, zanim poda antybiotyk o tak szerokim spektrum. Nie miałam zamiaru podważać opinii lekarza ale chciałam dać sygnał, żeby jako matka – przeanalizowała dokładnie całą sytuację i nie bała się pytać ani dociekać. Jej relacja z wizyty u pediatry wskazywała bardziej na prewencję niż konieczność podjęcia tak radykalnej kuracji. Działo się…

Rachunek za SMS-y wysyłane z Kuby wyniósł po powrocie ponad 500 zł. Ale akcja na szczęście w pełni się powiodła bo podejrzenie stanu groźnego zapalenia okazało się pomyłką. Próbka moczu była zanieczyszczona i wszystko skończyło się na kilku dawkach paracetamolu na zbicie wysokiej gorączki.

Innym razem dopadła nas pierwsza tzw. trzydniówka – było wiele niepokoju, gdy gorączka podskoczyła do 40 stopni! Trzeba było nas zobaczyć w akcji, kiedy obie z córką uległyśmy panice, że z dzieckiem dzieje się coś strasznego! Mijały dni, tygodnie i miesiące, wypełnione energią dzieloną między dom, moją pracę i spotkania z Kamilą. Do tego wciąż nowe, zaskakujące sytuacje związane z etapami rozwojowymi naszego niemowlaka. Ale doświadczałyśmy również dni, kiedy niemowlak zachowywał się książkowo i bardzo przyjaźnie względem otoczenia. Za to ciężko przeżyłam pomysły rodziców niemowlaka, którzy planowali podróż z czteromiesięcznym dzieckiem w kierunku bardzo egzotycznych i mało bezpiecznych miejsc. Ten etap kreatywnych propozycji przesyłanych mi przez moją córkę via messenger, co do celu takiej egzotycznej wyprawy z dzidziusiem, przez kilka długich nocy spędzał mi sen z powiek… Teraz wertuję zgromadzone w moim „babciowym” pliku teksty i ciepło uśmiecham się do tamtych chwil, bo patrzę na to wszystko z większym dystansem ale też z ogromną radością na to, co już się wydarzyło i co jeszcze przed nami…

Zostaw Komentarz