Nie ustawałyśmy w naszych dążeniach do doskonałości – ja jako babcia a Kamila jako kochająca mama. I trzeba jej przyznać, że szybko dobrze zaczęła sobie radzić. Najgorzej mamy jednak z tym potwornie frustrującym nas płaczem! Kamila tyle nie płakała! Myślałam, że z małą będzie tak samo ale niestety nie. Najgorzej gdy jej kiedyś o tym wspomniałam na głos. Nagle w oczach mojej ukochanej córki dostrzegłam lodowate sztylety w miejsce kierowanych w moją stronę spojrzeń.
– Mamo! Alicja prawie nie płacze! Ona jest bardzo grzeczna. To tylko teraz, przy tobie. Pewnie się denerwuje, że babcia ją ocenia i porównuje! – UPS! Huston, mamy problem! – pomyślałam zaskoczona jej reakcją – pewnie zaczyna się ujawniać matczyna nadwrażliwość. Chyba muszę być bardziej czujna i uważać na to co mówię. To coś nowego w naszych relacjach. Ciekawe czy jej się nasili czy samo przejdzie? Doskonale pamiętam te żałosne zapasy między mamuśkami wysiadującymi swoje pisklaki przy podwórkowej piaskownicy… Zaczynało się od porównywania kształtów główek i kolorów, tudzież konsystencji, kupek… Z upływem czasu subtelne zapasy słowne dotyczące indywidualnych zalet i wczesnych predyspozycji intelektualnych ledwie ząbkującego potomstwa wprawiały mnie w osłupienie! Każde maleństwo było idealne i genialne od urodzenia!
Wystarczyło pochwalić dzidziusia sąsiadki, trzy razy się nim głośno zachwycić i wyróżnić go na tle pozostałych aby zjednać sobie sympatię znajomej z dzieciństwa, która kiedyś w szkole wykopywała twoje widoczki i nastawiała najfajniejszych chłopaków przeciwko tobie. Teraz wyróżniona mamuśka nagle topniała niczym wosk pod wpływem nawijanych na jej uszy makaronów – jak wyjątkowe ma dziecko! Pozostałe mamuśki też chciały być dostrzeżone i z niegdyś obojętnych względem ciebie zamieniały się w otwarte na kontakt – jeśli tylko doceniłaś również zalety ich malucha. Należało to zrobić w porę – nie za szybko, nie za późno. Młode matki tak łakną komplementów pod adresem swojego potomstwa, że za błysk uznania w twoich oczach wybaczą ci nawet niegdysiejszą wyniosłość z okresu szkolnych przepychanek.
Tak było kiedyś, ciekawe czy dzisiaj w obszarze tego rodzaju emocji nadal jest coś na rzeczy? Dla tych, co nie wiedzą czym były w moim pokoleniu owe tajemnicze „widoczki” – wskazówka: zapytajcie swoich mam! Może niektóre z nich jeszcze pamiętają… Ja uciekałam od licytujących się mamusiek gdzie pieprz rośnie!
🙂
Tymczasem Alicja rosła i wrzeszczała wniebogłosy osiągając czasem tak wysokie tony – że pewnego dnia nie byłam w stanie jej przewinąć. Myślałam, że mi popękają bębenki! Niestety zrozpaczoną wnuczkę odłożyłam do łóżeczka tylko po to by pobiec do łazienki i zapchać sobie uszy czym się dało. Kamila była w sklepie a ja ozdobiona w zwisające resztki papieru toaletowego z uszu dopiero mogłam dokończyć przewijanie. Kiedy wróciła wybiegłam do apteki i zakupiłam sobie kilka kompletów korków do uszu w dwóch rodzajach. Jedne jakby gąbeczkowe na niższe „C” i drugie (to już jest znacznie mocniejszy bloker) z jakiejś masy nie przepuszczającej bolesnych dźwięków! Świetnie tłumi. Polecam!
Pomysłów na ukojenie płaczu też nam nie brakowało. W tej dziedzinie okazywałyśmy się niezwykle kreatywne obie! Prześcigałyśmy się również w rozmaitych interpretacjach co do źródeł i rodzaju tych dziecięcych skarg. W ruch poszły liczne strony parentingowe, świetne portale młodych i otwartych mam. Nie sądziłam nawet jak tego wiele i jak pomocne okazują się obserwacje i doświadczenia innych kobiet. Chwała im za to, że chciało im się o tym wszystkim na bieżąco pisać! Jestem pełna uznania. Oczywiście wszelkie informacje z tych źródeł traktowałyśmy elastycznie – dostosowując publikowaną tam wiedzę do naszych potrzeb. Dodatkowo odkurzyłam trochę dawnych wspomnień korzystając z tego co zostało w mojej pamięci z czasów kiedy sama byłam młodziutką ale dosyć pomysłową mamą. Jednak wracając do teraźniejszości tych bieżących miesięcy i najistotniejszych spraw…
Codziennie działo się coś nowego, nieprzewidywalnego. Na przykład to, że mała po karmieniu, odbiciu i przewinięciu szybko uspokaja się bujana w moim hamaku. Najpierw ogłosiłyśmy przed naszymi partnerami wielki sukces – bo sytuacja była powtarzalna i dzięki temu łapałyśmy nawet po 45 minut spokoju i ciszy, która stawała się czymś upragnionym podczas wszystkich naszych spotkań. Układałyśmy dziecko na balkonie w hamaczku i puszczałyśmy go w ruch… Dzidzia zasypiała błyskawicznie. Można było ogarnąć pobojowisko, zrobić sobie coś do jedzenia, wypić wspólną kawę z czekoladowym rogalikiem i nareszcie w spokoju zebrać myśli i pogadać! W tych dynamicznie umykających nam miesiącach wydarzyło się kilka przełomowych sytuacji. Jedną z nich był alarm wszczęty późno w nocy. Problem dotyczył bardzo poważnej sprawy, czegoś co dotyka wielu karmiących kobiet – chodzi o nawał pokarmu. Jak sobie z tym poradzić?
Zostaw Komentarz