Bycie babcią to czas refleksji nad przemijaniem – nad nieuchronnością uciekającego czasu. Etap – komplikacje i poród 1986 – Warszawa
Patrzę na swoją córkę uważnie od chwili kiedy po porodzie poprosiłam, żeby mi ją położono na brzuchu – bardziej na sercu niż brzuchu. Zmęczona szczęśliwym porodem, otoczona wyjątkową i życzliwą atmosferą wiedziałam, że to w moim życiu wielki przełom. Urodziłam tak jak chciałam, tak jak sobie wymyśliłam na kilka miesięcy przed porodem. W zrealizowaniu mojego planu pomogło mi szczęśliwe zrządzenie losu i moje pozytywne nastawienie. Mam szczęście do ludzi i chyba to, że było we mnie tak wiele pozytywnej energii pomogło spełnić moje marzenie o spokojnym, naprawdę radosnym porodzie. Miałam bardzo dużo szczęścia, bo spotkałam na swojej drodze życzliwych ludzi, którzy mnie w odpowiednim momencie udzielili mi wsparcia. Wtedy byliśmy z moim pierwszym mężem młodzi, pogodni i okazujący sobie czułość. Chciałam, żeby był przy mnie podczas porodu, bo chyba jeszcze wtedy mnie naprawdę kochał. Przystojny, wysoki i dowcipny chłopak żartował z personelem a mnie podtrzymywał na duchu. Pomógł mi zrobić trzy ostatnie porodowe skłony.
Mocno mnie obejmował ramieniem, kiedy już nie miałam sił i dodawał otuchy.
To było Coś, co miało dla mnie wielkie znaczenie. Śmiałam się, że urodziliśmy Kamilkę razem a on w tamtej chwili kiedy ważyli, wycierali i otulali Malutką, wyszeptał mi do ucha, że mnie kocha, że też jest szczęśliwy i że jestem dzielna i pięknie wyglądam… Lekarki i położna uśmiechały się do nas i żartowały, że tak ładnie rodzącej kobiety to jeszcze u nich nie było i jaki dzielny mąż! Podobał się kobietom, więc jego obecność i sposób bycia też miały w tamtej wyjątkowej chwili swoje znaczenie. Wizualizowałam ten moment na długo przed wyznaczonym terminem i na szczęście wszystko poszło tak jak sobie wymarzyłam – taki właśnie ułożyłam sobie w wyobraźni swój porodowy, scenariusz.
Układałam go w głowie ze szczegółami podczas kolejnych pobytów w szpitalach na oddziałach patologii…
Układałam go w swojej głowie ze szczegółami kiedy traciłam siły i walczyłam o następny etap utrzymania ciąży. Wszystko co wtedy przeżyłam zostawiło we mnie emocjonalny ślad na całe życie i rodziło wdzięczność za każdy kolejny dzień. Kiedy wreszcie podano mi na chwilkę po raz pierwszy przytulić moją nowo narodzoną córkę, cały świat zawirował! Motyle w brzuchu latały jak szalone, byłam tak szczęśliwa, że nawet nie czułam bólu. Zrozumiałam, że od tej chwili już nie liczę się ja – tylko Ona. Moje dziecko było w tej pierwszej dobie śliczne, proporcjonalne jak na niemowlaka – miała dużo ciemnych włosków na główce i ogromne granatowe oczy. Leżała przez chwilkę w moich objęciach – czułam jej oddech, czułam jakby w tamtym momencie nasze oddechy się zsynchronizowały. Kiedy ją tak delikatnie wtulałam w siebie nie płakała, uspokoiła się a mnie ogarnął dziwny lęk, wręcz ciężar poczucia odpowiedzialności, że teraz ja sama jestem za to maleństwo odpowiedzialna. Od tej chwili to jaka będę dla niej w każdym momencie naszego życia będzie na nią miało wpływ.
Miałam za sobą bardzo trudną ciążę…
Trzy pobyty w szpitalu i trzy zagrożenia tej ciąży. Trzykrotnie przed terminem leżałam na porodowych salach. Po raz pierwszy kiedy byłam w czwartym miesiącu. Spędzona tam w połowie osiemdziesiątych lat długa noc do dzisiaj pozostawiła w moich wspomnieniach przykry ślad. Pamiętam prawie każdą przeżywaną wtedy chwilę, cały dziwny ból i lęk przed utratą dziecka a później cztery długie tygodnie pobytu na oddziale patologii. Ten czas pozwolił mi dorosnąć i zrozumieć zagrożenia a przede wszystkim przypadkowość tego, co możemy nazwać szczęśliwym porodem. Widywałam różnych lekarzy. Takich, na których dyżur z radością się czekało bo byli troskliwi, serdeczni i zainteresowani pacjentkami i dodawali nam sił i takich, którym lepiej było się na nic nie skarżyć – bo tylko mogli pogorszyć sytuację.
Największym szokiem było dla mnie zetknięcie się z prozą szpitalnego życia.
Widziałam rozpacz kobiet, które utraciły swoje dzieci, na patologii ciąży takich przypadków było wiele. Długie, bezsenne noce spędzane na szpitalnej sali z innymi kobietami. Jedna z nich, młoda dziewczyna leżała na sąsiednim łóżku, obok mnie. Miała tyle nadziei, że już jest w dobrym szpitalu, pod dobrą opieką – tak bardzo się cieszyła, że urodzi bliźniaki… Długo nie mogła zajść w ciążę i w końcu się udało. Przegadałyśmy wiele godzin, obie pełne nadziei, że się uda, że wszystko będzie dobrze. Jednej nocy nagle poroniła swoje sześciomiesięczne bliźniaki. Kiedy ją bolało i cierpiała, prosiła o pomoc, lekarz zajrzał ale stwierdził, że nic takiego się nie dzieje a pacjentka histeryzuje. Nikt tamtej nocy, w mojej ocenie, nie okazał należytej troski i zainteresowania. Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy obudziły mnie jej jęki i straszny szloch. Zapaliłam lampkę ale jej łóżko było już całe we krwi, podłoga też. Leżała we krwi na wyciągnięcie mojej ręki. Jeden wielki ból, szok, rozpacz i cierpienie…
Spotkałam się wtedy z rozmaitymi postawami lekarzy, pielęgniarek i położnych.
Zderzyłam się z systemem, o którego poprawę tak bardzo domagali się aktywiści zgromadzeni wokół akcji „rodzić po ludzku”. I tak byłam szczęściarą bo mieszkając w stolicy, lądując na jednym z lepszych oddziałów patologii ciąży w Warszawie byłam blisko specjalistów w tej dziedzinie a jako studentka korzystałam z ubezpieczenia zdrowotnego. Kiedy tylko działo się coś złego miałam blisko do szpitala, nie musiałam jechać z daleka tak jak moja sąsiadka.
Długo przebywając w tym szpitalnym pokoju poznawałam wiele kobiet. Każda z nich to oddzielna opowieść. Zaprzyjaźniałyśmy się w tamtym czasie, wspierałyśmy, dzieliłyśmy telefonami i obiecywałyśmy sobie utrzymywać kontakt. Łączyła nas walka o każdą godzinę, dzień, tydzień i miesiąc naszych ciąż.
Byłyśmy sobie bliskie – choć dalekie – pochodząc z różnych życiowo i zawodowo miejsc.
Opowiadałyśmy sobie nasze historie, dzieliłyśmy się doświadczeniami. Jedynym naszym celem było tylko, i aż – uchronić się przed utratą dziecka. Wspierałyśmy się na wzajem choć los zetknął nas wtedy tylko na chwilę. Niektóre już znały płeć swojego dziecka, ja tego wiedzieć nie chciałam – dla mnie to wtedy nie miało znaczenia liczyło się żeby dotrwać do porodu.
Znowu na porodówce – zbyt wcześnie, żeby się z tego cieszyć. Czy ją stracę? Kartka z pamiętnika…
– Bądź sobie kim chcesz, tylko bądź. Czekam na Ciebie każdego dnia, z każdą godziną, z każdą minutą, z każdą kroplą skapującą z zawieszonej nad moją głową kroplówki… To te wielkie krople kapiąc powoli ważą nad moim losem odmierzając czas. Widzie soczyste krople ale nie mogę ich dotknąć suchym, zdrewniałym językiem. Język jest tak bezwładny, że nie mogę mówić, nie słucha głowy – jest nieporadny. Okropne uczucie. Dręczy mnie nieustannie wątpliwość – czy uda się przetrwać kolejną krytyczną chwilę? Czy uda NAM się przetrwać noc i czy rano nadal będziemy razem? Czemu ta chwila tak długo trwa? I jeszcze to nieodparte pragnienie, że tak bardzo chce się pić – ale nie można…
Nie byłam na to przygotowana. Dopiero rano, inna pielęgniarka wyjaśniła mi, że nie wolno mi nawet wypić malutkiego łyka wody… Kilka długich godzin leżałam nieruchomo jak sparaliżowana, nie mogąc doczekać się zwykłego łyka wody. Pamiętam suchość w ustach, pragnienie i lęk przed tym co się wokół mnie wtedy działo, bo nikt mi nic nie chciał wyjaśnić. Przez całą noc, nikt mi niczego nie wytłumaczył. Kilka razy podchodził lekarz i odchodził milcząc, mówił tylko – jeszcze zaczekamy.
Jak wiele w takich chwilach może znaczyć drobny ludzki gest zainteresowania, empatii…
Zmiana personelu nad ranem i nagle podchodzi do mnie miła pielęgniarka, rozmawia, tłumaczy mi moją sytuację, zwilża delikatnie suche usta wilgotnym gazikiem… Jednak można.
Pierwszy raz wylądowałam na takiej sali z rodzącymi kobietami ok. godziny siedemnastej. Lekarze i ja walczyliśmy do rana. Obserwowali mnie, a ja leżałam nieruchomo, bojąc się poruszyć, żeby nie zaszkodzić dziecku. Do moich uszu docierały krzyki rodzących kobiet, rozmowy lekarzy i sytuacje kolejnych w tym dniu i w nocy porodów. Lekarze uwijali się jak w ukropie. Byli zaangażowani ale słyszałam i widziałam rozmaite reakcje. Niektóre kobiety z bólu traciły nad sobą panowanie, niektórzy lekarze też tracili panowanie ale nad swoimi nerwami. Chwilami więdły uszy. Pamiętam parawany pomiędzy rodzącymi i nagie okna gołych, odbijających w nocy światło sali szyb. W tych szybach jak w czarnych lustrach rozgrywały się porodowe dramaty kolejnych kobiet. Nazywam to „dramatami” – bo były etapami strasznych krzyków, lęków i cierpienia. Na szczęście wszystkie porody tamtej pierwszej spędzonej przeze mnie w szpitalu nocy miały swój Happy End.
To wtedy, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam co się dzieje na sali porodowej tak silnie zapragnęłam, żeby mój poród był inny…
Wtedy przysięgłam sobie, że nie będę podczas swojego porodu krzyczeć. Dotykając delikatnie ledwo jeszcze widocznego brzucha, głaskałam go i przemawiałam po cichutku do swojego dziecka powtarzając jak mantrę – urodzę Cię, trzymaj się Maleństwo moje, wytrwaj, damy radę. Przyrzekam Ci, że zrobię wszystko co wymyślę, żeby było bezpiecznie i miło. Widząc to, co się tej mojej pierwszej nocy rozgrywało wokół mnie – przysięgłam sobie pokonać negatywne myślenie. Muszę zrobić to, co w mojej mocy, żeby się udało. Jest fatalnie, może być jednak znacznie gorzej jeżeli nic nie zrobię, żeby samą siebie podtrzymać na duchu, bo tu to raczej nie ma na kogo liczyć. Tak to sobie wtedy tłumaczyłam.
Jednego nie mogłam zrobić – nie miałam pieniędzy, żeby urodzić w komfortowych warunkach, nawet mi to wtedy nie przyszło do głowy. Wtedy już można było sobie opłacić taki poród – ale to było poza moim zasięgiem. Tamtej nocy na porodówce, której atmosfera była dla mnie porażająca, zaciskając powieki, żeby nie widzieć odbić w czarnych lustrach okien, żeby się od tego odciąć… zaczęłam sobie wyobrażać jak będzie za kilka miesięcy wyglądał mój szczęśliwy poród.
Dzisiaj wiem, że wizualizowałam krok po kroku to wszystko o co muszę zadbać, co powinnam wiedzieć, żeby współpracować z lekarzami by rozumieć co się ze mną dzieje.
Chciałam wiedzieć kiedy i dlaczego będę odczuwała ból? Przeczytałam kilka książek o tym, że ból jest zasadny, że pomaga kontrolować przebieg porodu, że nie należy się go bać, że nasze reakcje rodzą się w naszej głowie a poród, o ile wszystko jest w porządku z budową kobiety i ułożeniem dziecka, to naturalna predyspozycja i jakoś trzeba przez to przejść. Kwestią jest tylko jakość tego przejścia. Tą „JAKOŚĆ” postanowiłam sobie najpierw stworzyć w wyobraźni a później zastanowić się jakie mogę podjąć kroki, żeby zrealizować taki wymarzony plan. W jednej z publikacji książkowych przygotowujących kobiety do świadomego porodu, lekarz napisał, że jeśli będziesz panikować, poddawać się lękowi zamiast szukać w sobie spokoju by regularnie oddychać to nie dotlenisz prawidłowo swojego dziecka i utrudnisz mu ten i tak stresujący dla niego moment przyjścia na świat. Ten argument przemówił do mojej wyobraźni. Muszę być jednak szczera – kiedy już doprowadziłam swoją ciążę do końca to starannie przebadałam się na okoliczność czy jestem w stanie przy mojej budowie urodzić dziecko bez komplikacji. Wszystko wskazywało na to, że tak. Więc na tym etapie już nie było więcej przewidywalnych zagrożeń. Maleństwo było prawidłowo ułożone, gotowe by zdobywać świat. Nic nie zwiastowało okołoporodowych komplikacji, więc po etapie moich ciążowych trudności, poród jawił mi się jak wybawienie i zamknięcie tego trudnego dla mnie etapu życia.
Tamtej pierwszej nocy na szpitalnej patologii byłam blisko Boga i modliłam się w sercu za te rodzące przy mnie kobiety. Ich krzyki, jęki i bezradność były raz uznawane i zaopiekowane, innym razem ignorowane i traktowane w sposób upokarzający dla rodzącej. Wir rozmaitych, postaw i typów osobowości kłębił się na tej sali tworząc naprawdę ciężki klimat. Pani położna urastała do rangi kogoś tak ważnego, że strach było się jej nie bać. Kreowała atmosferę każdego porodu, decydowała o przywołaniu lekarza i o komforcie rodzącej. Trzeba dodać, że nigdy wcześniej nie byłam w szpitalu, nie wiedziałam i nawet nie zastanawiałam się jak tam jest. Teraz wszystko co zobaczyłam i czego doświadczałam tej długiej i bezsennej nocy trzeba było sobie poukładać w głowie. Byłam w tak innym świecie, że czułam się jak rozbitek na tratwie, wyalienowana z rzeczywistości. Mój codzienny, zwykły świat odjechał i nagle stał się dla mnie nieosiągalny, daleki.
Widziałam i słyszałam co mnie czeka i wszystko we mnie krzyczało, że ja chcę inaczej, nie tak jak tutaj!
Jeszcze nie wiem jak – ale nie tak! Byłam przerażona ale młoda, silna i przekonana, że uda mi się swój poród przeżyć inaczej. W końcu jestem studentką PWST, nie tylko zagram tę rolę ale też sama napiszę sobie scenariusz. Byłam trochę szalona i ufna, że musi mi się udać i chociaż jeszcze nie wiem jak ale zrobię to po swojemu. Zadbam o siebie, o każdy detal, będę świadoma każdej chwili bo i tak trzeba to jakoś przeżyć. Co do jednego nie miałam wątpliwości, chcę przejść przez poród z godnością. Nie chcę, żeby ktoś na mnie krzyczał, kiedy na świat przychodzi moje dziecko. Ma być miło i serdecznie bo czekam na kogoś Wyjątkowego. Zdałam sobie sprawę, że przede wszystkim nie chcę być tam na sali sama tak jak te wszystkie kobiety, które rodziły tamtej nocy obok mnie. Tylko jak to zrobić? Porody we dwoje zaczął prowadzić tylko jeden szpital w Warszawie, nie wiedziałam nawet który! – Gdzieś o tym słyszałam – trzeba było popytać tylko …
Los się do mnie uśmiechnął, tak jak chciałam. Zdecydował przypadek, chwila rozmowy z moją nauczycielką Techniki mowy. Pomogła mi moja wykładowczyni z mojej uczelni – nieoceniona, fenomenalna kobieta…
Od tylu lat noszę w sercu jej wspomnienie – Grażyna Matyszkiewicz. Wybitny specjalista w swej dziedzinie, mądra i nietuzinkowa osoba, wspaniale uczyła nie tylko dykcji – to był mój pierwszy w życiu Coach. Ona chyba nawet o tym nie wie. Wtedy prowadziła zajęcia ze studentami nie tylko w Warszawie ale też w Łódzkiej filmówce.
Są tacy ludzie, którzy w odpowiednim czasie potrafią podać pomocną dłoń. Robią to bezinteresownie, bo akurat mogą zrobić coś dla kogoś drugiego. Pani Grażyna to właśnie taki Ktoś…
Niedawno przez przypadek dowiedziałam się, że jest w serdecznym kontakcie z moimi przyjaciółmi. Minęło tak wiele lat, nie wiem czy mnie jeszcze pamięta? Zastanawiam się czy mogłabym do niej zadzwonić? Chciałabym ją spotkać po latach, podziękować za to, czego mogłam się od niej nauczyć. Czuję potrzebę, żeby kiedyś o tym napisać, bo w wielu życiowych sytuacjach, jej wskazówki okazywały się bezcenne zarówno w moim zawodowym jak i prywatnym życiu…