U babuni pod miedzą – jak się wyciszyć po burzliwej wizycie?

with Brak komentarzy

U babuni pod miedzą – jak się wyciszyć po burzliwej wizycie?

Najtrudniejsze chwile to czas po godzinie 17-tej. Wtedy Kamila kończy pracę ale zwykle stoi w korkach… W tym czasie dziecko zaczyna marudzić a opieka nad nią wymaga z mojej strony więcej cierpliwości, pomysłowości i siły. O tej porze Ala zwykle nie chce się już niczym sama zająć, plącze się pod moimi nogami, wyciąga rączki, kiedy stoję w kuchni łapie mnie za udo nie dając zrobić kroku. Chce być barana na ręce i tulona. Drugi wariant to napad przysłowiowej „głupawki” gdy nagle szaleje po domu potykając się o własne nogi albo bez powodu płacze lub złości się bo jest już bardzo zmęczona pełnym wrażeń dniem.

Wszędzie leżą porozrzucane zabawki, wszystko nad czym próbowałam zapanować rozsypuje się jak domek z kart. Myślę już o tym, że niebawem zamknę za dziewczynami drzwi i zaraz ogarnę nasz dom, pozacieram ślady… Prawda jest jednak taka, że nawet kiedy już to zrobię – zostaje we mnie emocjonalny ślad – ślad, który jest nie do zatarcia jeszcze przez kilka godzin… Nie jestem w stanie się wyciszyć. Myślami krążę wokół minionego dnia i tego wszystkiego co się zadziało, co Alicja zjadła, jak reagowała na nasze zabawy, jak spała? Mimo, że nadchodzi wreszcie ten wyczekiwany moment wytchnienia, tak naprawdę emocjonalnie sytuacja nie jest dla mnie taka prosta.

Z jednej strony chcę ponownie odnaleźć się w strefie własnego komfortu, odciąć się od rytmu dnia jaki narzuca opieka nad takim maluchem. Z drugiej, nie umiem uwolnić się od wrażenia jakie na mnie robi chwila, kiedy Ala pakowana przez Kamilę do auta, wyciąga do mnie swoje maleńkie rączki, przesyła nieporadnie pierwsze całuski i popłakuje za babcią.

Odprowadzam je do auta, robię śmieszne miny bo ją to bawi. Trudy wspólnie spędzonego dnia wynagradza swoim uśmiechem i wiem, że już za nią tęsknię, mimo, że czułam się chwilami naprawdę zmęczona. Wracam do domu dopiero gdy ich auto znika z zasięgu mojego wzroku. Wtedy przypomina mi się tamta chwila – kiedy odjeżdżali swoim autem spod szpitala po raz pierwszy w życiu. Teraz wiem jak bardzo jestem im potrzebna. Rodzice Pawła pewnie czują to samo – więc nie jestem w swych uczuciach odosobniona.

Wracam do domu by ogarnąć niezły chaos. Już rzut oka na kuchnię zaskakuje ilością wyciągniętych przedmiotów, zabrudzonych talerzyków, słoiczków, garnuszków, garnków itp. Na blacie stoją niedojedzone słoiczki z pieczołowicie przyrządzoną przeze mnie zawczasu zawartością albo te przywiezione przez Kamilę. Liczne szklanki, kubeczki, łyżeczki – ileż tego się nazbierało i kiedy?!

Trzeba poukładać porozrzucane po całym mieszkaniu zabawki, zetrzeć ślady kredki z podłogi, złożyć łóżeczko PIKO, upchnąć w szafie pod sufitem etatowy materacyk, ściągnąć z niego używane prześcieradełko i wrzucić do prania… Jeszcze rzut oka na utytłane buraczkami, tudzież innymi przysmakami ciuszki, w których moja wnusia rano tak ślicznie wyglądała do chwili gdy wylała na siebie zupkę typu krem, niepostrzeżenie przejmując panowanie nad całą zawartością miseczki. Małe łapki rozchlapały gęstą papkę nie tylko na ubranko!

Trzeba teraz doczyścić fotelik do karmienia, podłogę, oparcie kanapy i mój nowy sweterek, w który wystroiłam się rano na przyjazd Ali nie przewidując, że chlapanie łapką w miseczkę będzie mieć taką siłę rażenia. Na tym nie koniec bo wracają wspomnienia, kiedy ta wypluta i wychlapana papka opanowała już nie tylko rączki, rękawki, buzię i całe otoczenie dziecka. Teraz przypominam sobie, że w chwili kryzysu mój umysł zdominował lęk czy aby mam w domu odplamiacz?!

Po chwili uświadomiłam sobie bolesną prawdę, że nie mam! Zapomniałam kupić!
Nowy ciuch zostawiłam w misce w kabinie prysznicowej ale zapomniałam go namoczyć! Zaschnięta maź chyba się już nigdy nie dopierze!

Odtwarzam w pamięci całą sytuację i to, jak uporczywie dręczyło mnie pytanie – czym ja to spiorę i że koniecznie muszę zdjąć i namoczyć w zimnej wodzie! Ale niestety, sytuacja wtedy trochę mnie przerosła, nabierając tempa – bo po zdjęciu sweterka niestety nawet nie zalałam go zimną wodą. Płacz dziecka sprawił, że sweterek owszem zdjęłam ale na tym stanęło. Zawróciłam z łazienki w tempie kota Jinksa. Jedną ręką łapałam papierowe ręczniczki – ścierałam, wycierałam co się dało. W tym czasie Ala eskalowała swój lament bo miseczka lądując na podłodze była już poza jej zasięgiem a babcia zamiast oddać jej własność i pozwolić dalej chlapać zabrała się za wycieranie rączek i buzi co spotkało się z natychmiastowym protestem i dezaprobatą. Oczy dziecka tryskają krokodylimi łzami wielkości zielonego grochu, widzę, że mamy na pokładzie bunt. Aż przykro patrzeć jakże ona tego nie lubi! Pochlapana jest nie tylko buzia, śliniak, ubranka i rączki ale też pasek jasnych włosków na skroni. Delikatnie wycieram  ale mała wykręca się, odkręca i buntuje krzycząc w niebogłosy jakbym jej robiła jakąś krzywdę. Czuję, że bębenki w moich uszach ledwo są w stanie sprostać natężeniu dźwięku – wchodzimy w rejestr „gwizdkowy”. Przemawiam, łagodnym głosem, odwracam uwagę i próbuję zdjąć z niej upaprane ubranko… Swoje już zdjęłam, żeby jak najszybciej zaprać, póki mały sprawca swoich przewin jest jeszcze bezpiecznie przypięty w foteliku do karmienia – ale natężenie decybeli odbiera mi śmiałość zostawienia dziecka w takim stanie bez emocjonalnego wsparcia. Tylko na chwilę biegnę do łazienki, gdzie ściągam swój sweterek… ale nie namaczam bo napuszczenie wody trwało by zbyt długo w sytuacji gdy z krzesełka do karmienia w kuchni dobiega taki lament!

Wracam z łazienki do połowy rozebrana, podchodzę do dziecka, żeby wziąć na ręce i przytulić a tu kolejna niespodzianka! Wokół mojej pociechy unosi się jakże znana, niepowtarzalna woń. No tak, w pieluszce wylądował już pocisk cięższego kalibru – słychać to i czuć. Wiem, że pilnie trzeba podjąć interwencję! Ale jest zimowe popołudnie, więc za oknami ciemność a ja bez sweterka (ten nadal czeka by go namoczyć) – więc lecę wciągnąć przez głowę jakiś dres. Już nie ma znaczenia jak się wygląda bo trzeba wejść do drugiego pokoju – tam, gdzie leżą pieluszki a nieubrana nie zapalę światła bo okna są poodsłaniane… Nie zauważyłam jak szybko od rana zleciał mi cały ten czas a sąsiadów z naprzeciwka mam prawie przed samym nosem i zwykle pozdrawiamy się ze swoich pokoi o poranku…

Słyszę, że mała znów podnosi raban, bo przecież klocek w pieluszce to dla niej żadna frajda! Latam po domu z prędkością odrzutowca łapiąc podkład, nową pieluchę, chusteczki do wycierania pupki i coś, żeby ją przebrać.

Na kuchence przypala się z trudem skręcony dla mojego męża obiad. Przed nim  odgrywam rolę świetnie zorganizowanej babci w wersji „Turbo”. Jestem już w tym swoim dresie, próbuję wypiąć pociechę z fotelika do karmienia ale ona nie chce i pręży się w akcie zaprogramowanego rozwojowo buntu. Pewnie kasztanek w pieluszce już tak jej nie przeszkadza a mocująca się z twardymi klamrami babunia śmieszy…

Oporne zapięcia fotelika Chicco – uświadamiają mi, że stawy dłoni mam już nie te i siłę ścisku osłabioną wiekiem. Nareszcie zwalniam bezlitośnie sztywne klamry, dźwigam do góry swoje obesrane szczęście odnosząc wrażenie, że kiedy sadzałam ją w ten sam fotelik przed karmieniem to chyba była lżejsza o jakieś 5 kilogramów!

Teraz dla odmiany mała walczy ze mną drocząc się i chichocząc na zmianę – pręży się w moich objęciach z całych sił! Jestem już wykończona. Wiem jednak, że przede mną kolejne, urocze zadanie. Trzeba bezpiecznie usunąć z pieluszki twardy ładunek, przenieść tłustego bobaska pod kranik, przemyć, założyć nową pieluchę i zapiąć zatrzaski w body… Te zatrzaski uciekają przede mną po kanapie, materacach, dywanie lub gdziekolwiek próbuję się z nimi zmierzyć, bez znaczenia!  One nie dają się dopiąć w spokoju bo dostały nóg i wymykają się kilka razy pod rząd, są jak „znikający po całym mieszkaniu punkt”! Ganiam za małą srajdą a ona śmieje się i ucieka rozbawiona sytuacją i moją rozpaczliwą miną.

Dzwoni telefon – w słuchawce głos ukochanej córki, która pyta:

– Mamusiu, czy mogłabyś już małą ubrać i spakować jej rzeczy – tak, żebym ją od razu mogła zabrać do auta, bo stoję w strasznym korku i robi się już późno? Będę za 15 minut. A, jak masz jeszcze coś na kolację, co by się małej mogło przydać, to spakuj do czerwonej torby, będzie super! Czuję gwałtowny zastrzyk adrenaliny, Kamila zaraz przyjedzie! Nie można się dać przyłapać na akcie desperacji, o nie! Trzeba świecić przykładem.

Nagły przypływ energii pozwala przejąć kontrolę nad niesfornym maluchem, stopniowo opanowuję sytuację i ogarniam wszechobecny chaos. Mała ma już na sobie spodenki, buciki, ciepłą bluzę. Torba spakowana, zmywarka zapakowana, kuchenne blaty czyste… Moje odbicie w lustrze może mnie już tylko przerazić – więc nie patrzę.

Kamila dociera do celu, przejmuje „przesyłkę”, bierze na ręce wszystko czego ja bym już nie udźwignęła. Próbuję jej pomóc – ale nie pomagam!

Moje pomaganie więcej przeszkadza niż przysparza pożytku…

Widzę, jak na jednym ramieniu dźwiga małą, na drugim własną torbę typu „worek” – o rozmiarach jakie w samolocie chyba kwalifikują się do grupy „bagaż dodatkowy”. Patrząc na to mam wrażenie, że mojej córce wyrasta kilka dodatkowych rąk. Ma jeszcze laptopa w osobnej torbie. Chcę jej jakoś pomóc. Zrzędzę, że jej za ciężko i próbuję przejąć z jej ramienia drugą ciężką torbę, taką zakładaną na wózek bo jest wypchana na maksa. Nie pomagam, utrudniam. Ogarnia mnie złość na samą siebie gdy ta torba przeze mnie zsuwa się z jej ramienia i jeszcze trudniej jej to wszystko nieść. Pytam czy wziąć na ręce małą ale Kamila nie chce, żebym ją od niej brała twierdząc, że będzie mi za ciężko! Czuję się sytuacyjnie pokonana i mało pomocna. W akcie desperacji i chęci ulżenia jej doli przejmuję trzecią torbę, tą z laptopem – jedyne co mi się w tym pośpiechu udało wziąć, uff. Moja córka objuczona jak wielbłąd szybkim krokiem idzie w stronę samochodu. Błyskawicznie instaluje małego smerfa w foteliku, wprawnym ruchem rozkłada wózek i pakuje go do zawalonego rozmaitymi rzeczami bagażnika, upycha wszystkie torby i przejmuje ode mnie laptopa. Koniec.

– Droga inna babciu, ta która to w tej chwili czytasz – być może ty też w takich sytuacjach stoisz przy aucie z przyklejonym do szyby nosem, tak jak ja i robisz głupie miny do małego dziecka. Ślesz buziaczki, prychasz, kichasz – wydajesz z siebie dziwaczne odgłosy tylko dlatego, że mały smerf na ten widok rozkosznie rechoce i posyła ci małą rączką swoje pierwsze w życiu buziaczki. Serce ci topnieje i zapominasz o tym, że jesteś zmęczona całodziennym dyżurem w roli niani.

Kiedy samochód nareszcie oddala się spod naszego domu – czuję, że wraz z nim oddala się jakaś cząstka mnie. Mimo, że czekałam na tę chwilę – wcale tej chwili nie lubię. W końcu odwracam się w tył zwrot i wracam do swojego życia. To jednak nie jest jeszcze powrót do jakiejkolwiek równowagi.

Wracam do domu i szybko zacieram ślady po dwudniowym dyżurku z maluchem. Chcę już nie potykać się o porozrzucane zabawki i różne przedmioty, przestać myśleć i nie tęsknić. Namaczam wreszcie sweterek – pewnie już na zawsze zostanie na nim plama, trudno. Wskakuję pod prysznic, żeby się odświeżyć – ubieram jak człowiek, żeby już nie straszyć rozciągniętym dresem, poprawiam potargane włosy i podkreślam oko. Chcę być znowu sobą, taka jaka lubię być.

Kamień z serca, udało się ocalić resztki przypalonego obiadu… Przywracam domowi strefę komfortu do jakiego jesteśmy z mężem przyzwyczajeni. Wszystko pochowane, nie ma śladu po wizycie słodkiego potwora. Echo kolejnego babciowego dnia pozostaje ciepłym wspomnieniem. Siadam w miękkim fotelu lecz zamiast ulgi czuję jak wszystko mnie boli – całe ciało, każdy mięsień, każdy staw. Wyciągam karimatę, kładę się na plecy i rozciągam obolałe ciało. Przez chwilę ogarnia mnie uczucie błogości, otacza upragniona cisza… Nareszcie spokój. Przymykam oczy i pod powiekami widzę obrazy z całego naszego dnia. Czuję dotyk małych psotnych rączek, które nie chciały się dać wytrzeć z gęstej zupki typu krem, widzę wymykającą mi się z rąk Alicję w niedopiętym body, która śmieje się w niebogłosy bo babcia próbuje jej coś zapiąć i założyć spodenki i czuję dotyk ufnie wtulonego we mnie dziecka, któremu kleją się oczka do snu przed okołopołudniową drzemką…

Zgrzyt klucza w drzwiach przenosi mnie do rzeczywistości. Słyszę, że otwierają się drzwi naszego domu, z pracy wraca mój mąż. Otwieram oczy, wstaję żeby się przywitać. Pyta o Alę i żałuje, że nie zdążył na czas. Chciał  zobaczyć małą, ponosić, podroczyć się…

On żałuje, że się dzisiaj spóźnił…
Ja – tym razem nie!
😉

Zostaw Komentarz