Nareszcie mam wolny od babciowego dyżurku dzień!
Wsiadam na rower, poprawić kondycję i nacieszyć się ciepłym, słonecznym popołudniem. Jestem umówiona z koleżanką na kawę, więc podjeżdżam do miłej, małej knajpki ze stolikami na świeżym powietrzu. Siadam, czekam, zamawiam kawę. Koleżanka w ostatniej chwili odwołuje spotkanie, jej dziecko wróciło ze szkoły chore – w telefonie słyszę jej zatroskany głos… Zostaję sama nad filiżanką ukochanego cappuccino, z nudów przeglądam kartę i dostrzegam to, co lubię najbardziej – chłodnik i pierogi z serem. Podchodzi kelner, zamawiam a w oczekiwaniu na swoje ulubione dania obserwuję otaczający mnie świat. Fajne popołudnie, nic nie jest w stanie zepsuć mojego nastroju. Dookoła toczy się życie, przechodzą ludzie z dziećmi, psami, z zakupami… Podjeżdża duży dostawczy samochód z wielkim logo DHL kiedy dostrzegam zbliżającego się młodego ojca z dwójką dzieci i niedużym psem. Miły widok, jedno dziecko w wózku, drugie, kilkuletnie na hulajnodze a piesek prześliczny, nieduży – brązowy mieszaniec. Mężczyzna lokuje się ze swoją rodziną przy sąsiednim stoliku. Młodszy synek śpi w wózeczku jak suseł, ma chyba niewiele ponad roczek. Starszy roześmiany schodzi z hulajnogi i entuzjazmem opowiada coś swojemu tacie. Ojciec mu przerywa i na chwilę odchodzi do toalety zostawiając przy stoliku obu chłopców oraz przywiązanego do nogi od stołu psa. Kiedy tylko się oddala jego pies dostaje szału. Szczeka, wyje, ujada – pełna histeria, nie wiem jakim cudem ten malec w wózku się nie budzi…
Po kilku minutach ojciec wraca i przeprasza mnie za ten hałas. Siada rozmawiając wesoło z chłopcem. Wybierają sobie coś do jedzenia, kelner przyjmuje zamówienie.
Miło, było popatrzeć na nich z boku do momentu…
… gdy nie zadzwoniła komórka młodego taty. Mały milknie, marszczy brwi, bo tata przerwał jego narrację i skupia swoją uwagę na rozmowie – z kimś innym. Po chwili kończy ale zamiast wrócić do rozmowy z synkiem koncentruje się na stukaniu palcem w klawiaturę swego telefonu. Chłopczyk grzecznie czeka. Po chwili tata odkłada telefon na stół więc mały ciągnie przerwaną opowieść aż tu znowu słychać sygnał telefonu jego taty. Ten ponownie zatapia wzrok w ekranie najnowszego smartfona, coś czyta i zaczyna się uśmiechać pod nosem. Synek wpatruje się w niego i przygryza dolną wargę. Ojciec długo coś klika, odpisuje komuś i słychać gdy dostaje odpowiedź. Tym razem już nie wypuszcza telefonu z dłoni, nie wraca do przerwanej rozmowy z synem. Czyta, uśmiecha się, odpisuje i tak przez 15 minut. Zdążyłam już wypić kawę a chłodnik ukraiński ląduje tuż przed moim nosem. Ukradkiem śledzę całą sytuację. Mały wierci się aż w końcu bąka coś nieśmiało do swojego taty. Odpowiedź jednak go nie cieszy – bo słyszy, że ma nie przeszkadzać.
Mija kolejne 10 minut…
Zjadłam chłodnik a w moim kierunku już suną na tacy wyczekane pierogi. W tym czasie widzę jak chłopiec wierci się, wisi na krzesełku raz na prawym, raz na lewym boku, stuka bezmyślnie palcem w blat stołu, macha zamaszyście prawą nogą a po chwili obgryza paznokcie. Najwyraźniej strasznie się nudzi bo przewraca oczami, zakłada sobie i zdejmuje swój mały rowerowy kask. W tym czasie jego ojciec jest tak pochłonięty sms-ową konwersacją, że nie zwraca uwagi na żadne sygnały. Wzrok malca z czasem staje się obojętny i zrezygnowany, zawiesza go gdzieś na gałęzi pobliskiego drzewa. Mijają kolejne minuty.
Obserwuję kątem oka i podświadomie szacuję umykający tej relacji czas…
To już ponad pół godziny totalnej ignorancji ze strony dorosłego. Malec jeszcze raz ośmielił się zagadnąć, pytającym głosem chciał zwrócić na siebie uwagę – „tato, chciałem ci powiedzieć, że”… Niestety, jego tata szybko go ucisza obiecując, że już za chwilkę go wysłucha, prosi syna o cierpliwość i przypomina, że obiecał być grzeczny. Czas mija, teraz dzwoni mój telefon rozmawiam przez kolejne dziesięć minut. Przy sąsiednim stole tylko tyle się zmieniło, że chłopczyk nie chce już niczego zjeść i nagle mimo upomnień tatusia, zaczyna zawzięcie kopać swoim sportowym, markowym butem w nogę od stołu aż wylewa się zamówiony dla niego owocowy sok. Po chwili słyszy od ojca reprymendę. Tata odkłada swój telefon do kieszeni jasnej sztruksowej koszuli i zbiera serwetkami to, co się porozlewało. Próbuje rozmawiać z synkiem, pyta o coś i zagaduje bo widzi, że małego rozsadza od środka jakaś zła energia. Chłopiec już nie chce mu niczego opowiadać, patrzy na swojego tatę z opuszczoną głową marszcząc wąskie brwi.
50 minut czekania na uwagę dorosłego…
… chyba odebrało chłopcu całą radość, z jaką jeszcze niedawno zasiadali razem do sąsiedniego stołu. Malec jest na „NIE”, nie chce założyć kasku, ani wejść na hulajnogę, jest nadąsany i popłakuje pod nosem. Nie chce odpowiadać na żadne pytania, nie chce nawet podać tacie smyczy swojego psa. Podzieliło ich tylko 50 minut czasu – czasu, który już nigdy do nich nie wróci. Ktoś powie, że przecież nic takiego złego się nie stało, ot nasza zwyczajna codzienność…